2004-12-14

Anioł

.

Dorocie Ryst za inspirację

Kiedy go znalazłam siedział pod murem. Właściwie to przeszłam obok niego obojętnie. Nie zauważyłam czegoś szczególnego. Dopiero światła reflektorów nawracającego niedaleko samochodu rozświetliły na chwilę jego twarz. Nie byłam pewna, czy płakał, czy po jego twarzy spływały po prostu krople siąpiącego, jesiennego deszczu. Zatrzymałam się na chwilę i podeszłam bliżej. Wyglądał na wychłodzonego, głodnego i zmęczonego. Pochyliłam się nad nim. Spojrzał na mnie a jego wzrok jakby chciał powiedzieć: odejdź, zostaw mnie... I właśnie wtedy zauważyłam coś niezwykłego. Skrzydła! Zupełnie jak na rzeźbach aniołów lub obrazach, które widywałam wcześniej w kościołach.

- Kim jesteś?! – zapytałam z obawą w głosie. Nie odpowiedział. Zamknął oczy, uniósł do góry ręce i zatopił głowę w dłoniach. Wyglądał jak zmokła kura, po której upierzeniu spływają krople.

Chwyciłam go za ramię i potrząsnęłam.

- Co pan tutaj robi w taką pogodę?! – krzyknęłam mu do ucha. Znowu nie odpowiedział. Zajęczał tylko cicho i ściągnął moją rękę z jego ramienia. Wtedy zauważyłam, że miał złamane skrzydło.

Nie mogłam pozostawić go samego. Koniec listopada, zimno, na noc zapowiadano przymrozki... Pomogłam mu wstać i zaprowadziłam do mojego mieszkania.

- Jesteś... jesteś aniołem, prawda? – odważyłam się w końcu zapytać po dokładnym przyjrzeniu się jego skrzydłom w świetle kuchennej lampy.

Nie był najwyraźniej skory do rozmowy. Spojrzał na mnie i przez długi czas nie opuszczał wzroku. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: jestem taki zmęczony, muszę odpocząć...

Mimo mojej zachęty nie chciał wypić gorącej herbaty. Kręcił przecząco głową. Spoglądał na łóżko. Pomogłam mu więc zdjąć mokre rzeczy i położyć się. Widziałam na jego twarzy grymas cierpienia. Z pewnością bólu przysparzało mu złamane skrzydło.

Zastanawiałam się skąd mógł przyjść. Nie byłam pewna, czy dobrze zrobiłam zabierając go do domu. Może to jakiś kloszard, włóczęga albo złodziej? Czy nie wyrządzi mi jakiejś krzywdy? Przeczucie, że jest kimś dobrym, nie potrafiącym czynić zła było jednak coraz silniejsze. Może to prawdziwy anioł?

Zasnął mocnym snem. Spał jednak niespokojnie. Co jakiś czas wzdrygiwał się, jego skrzydła naprężały się jakby gotując się do lotu. Czy potrafił fruwać? Mój Boże, co miałam zrobić? Zadzwonić do księdza? Na policję? Do szpitala? Do weterynarza? Nie znałam się na leczeniu skrzydeł i nigdy wcześniej nie spotkałam anioła! Po krótkim zastanowieniu sięgnęłam do półki z książkami. Trzystustronicowy „Lekarz domowy” wydał mi się odpowiednią pozycją. Złamania, złamania kończyn... Nie, to nie to! Złamania kości, otwarte... Ufff... Metody usztywniania rąk i nóg zdecydowanie mnie przerażały... Ale cóż, trzeba było działać. Wiedziałam, że mocno śpi, więc udałam się do pobliskiej apteki. Aptekarz nie zadał mi żadnego pytania, ale w jego oczach widziałam naraz zdziwienie pomieszane z rozbawieniem. Chyba niewiele klientek przychodzi z książką pod pachą i dyktuje, co jest jej potrzebne: deseczka, bandaż, środki przeciwbólowe... Szpital domowy albo raczej ambulatorium.

Wróciłam biegiem do domu. Po wejściu do mieszkania okazało się, że anioł jeszcze spał. Postanowiłam wykorzystać ten fakt i umyć go trochę. Zagotowałam wodę, przygotowałam ręczniki i opatrunki. Najdelikatniej jak potrafiłam przemywałam mu piórko po piórku. Po umyciu złamanego skrzydła próbowałam przewrócić go na drugi bok. Nie udało mi się. Syknął z bólu i obudził się. Otworzył oczy i spojrzał na mnie. Wyglądał na zagubionego. Pomogłam mu usiąść. Ciągle coś mówiłam do niego. A on tylko patrzył na mnie nie rozumiejąc zapewne mojego języka. Był posłuszny. Umyłam mu drugie skrzydło i plecy. To niesamowite ujrzeć jak skrzydła wyrastają spod łopatek! Istny cud natury!

Dokładnie przyjrzałam się złamanej kości skrzydła. Przypatrując się rysunkom z „Lekarza domowego” usztywniłam ją dokładnie dopasowując do niej listewkę owiniętą kilkanaście razy elastycznym bandażem. Zużyłam chyba z dwadzieścia metrów bandaży! Przygotowałam środki przeciwbólowe. Byłam ciekawa, czy zadziałają również na anioła. Żeby być bardziej pewną, zwiększyłam dawkę o jedną trzecią, żeby wzmocnić skuteczność działania. Anioł bez słowa wypił w końcu kubek ciepłej wody i przełknął podane mu różnokolorowe tabletki. Później pomyślałam, że jego źrenice przybrały kolor tabletek, które połknął. W chwilę później leżał znów w łóżku i zasnął. Poszłam spać do drugiego pokoju.

Nazajutrz, po przebudzeniu, po cichutku weszłam do pokoju, w którym spał anioł. Właściwie to już nie spał. Stał w kącie. Wydawało mi się, że boi zbliżyć się do okna. Być może z powodu ostrego, porannego słońca, zalewającego pokój.

- Dobrze się pan... dobrze się czujesz? – zapytałam niemalże nie swoim głosem.

Spojrzał na mnie a na jego obliczu malowała się ulga. Niczego jednak nie odpowiedział.

- Słuchaj, muszę iść do pracy... – wyjąkałam – zaczekasz na mnie? Nie będziesz sam nigdzie wychodził? Taki ziąb dzisiaj na dworze, nie chciałabym, żebyś jeszcze bardziej się rozchorował.

Anioł spoglądał na mnie przez cały czas. Z pewnością rozumiał moje słowa i intencję. Usiadł na łóżku, bokiem do mnie. Popatrzył na swoje obandażowane skrzydło. Pogładził je ręką a następnie przywołał mnie gestem dłoni. Podeszłam więc bliżej. Chwycił delikatnie moje palce a drugą ręką przykrył je. Trzymał je tak przez parę chwil, a ja czułam mrowienie na całym ciele! Był to chyba jakiś gest podziękowania...

W pracy nie potrafiłam się na niczym skupić. Myślałam wciąż o pozostawionym aniele w moim mieszkaniu. Biłam się z myślami, chciałam komuś opowiedzieć o tym przedziwnym wydarzeniu, ale jak zareagowałyby moje koleżanki z pracy? Już wiele razy drwiły ze mnie, że nie zdążyłam jeszcze wyjść za mąż, że siedzę wieczorami w domu, że czytam książki... Każda minuta dłużyła mi się w nieskończoność. Kiedy wybiła w końcu ostatnia godzina pobiegłam do domu jak wariatka! Szalona!

Mijały dni. Potem tygodnie. Przyzwyczaiłam się do milczenia mojego skrzydlatego towarzysza. Wiedziałam, że któregoś dnia odejdzie. Skrzydło goiło się. Nie byłam do końca pewna, czy za sprawą moich opatrunków, czy w jakiś cudowny, anielski sposób. Nadszedł grudzień, zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Na dworze padał śnieg. Anioł coraz częściej stawał w oknie i wpatrywał się w wirujące opłatki śniegu. Tęsknił. Za kimś, za czymś... Najwyraźniej martwił się. Zdradzała go twarz, na której coraz częściej widoczne było zakłopotanie. Jego wzrok od czasu do czasu przeszywał mnie na wylot: nieobecny, zatopiony gdzieś głęboko we własnych, skrytych myślach.

W końcu odszedł. Po prostu spojrzał na mnie a ja zrozumiałam jego wzrok. Chciał do kogoś wrócić. Tutaj, na ziemi. Nie gdzieś wysoko w niebie, tam chyba nie czułby się potrzebny. Wyczytałam to w jego oczach. Nauczyłam się w nich czytać. Słowa wydawały mi się niepotrzebne, gdyż nie można było w nich ująć tego uczucia. Postanowił odejść, by móc się kimś opiekować. Nie byłam pewna, czy musiał odejść na zawsze, ale przynajmniej jedno wiedziałam na pewno: zostałam stróżem czyjegoś anioła.
































__________________________________
Inspirowane wierszem Doroty Ryst
Por.
http://www.ambiento.net/eratomojamuzo/2004_08.htm



2004-11-14

Ankou znaczy śmierć

.

„Papieża ani kardynałów nie oszczędzę; Królów żadnego, ani królowej,
ani książąt, ani księżniczek – arcybiskupów, biskupów ani księży –
szlachetnych ni mieszczuchów – rzemieślników i handlarzy –
Ani również pracowitych (...). To ja, Ankou, którego nie można przekupić!
Niewidzialnym przemierzam świat! Z góry Menez, krótkim wystrzałem
pocisku kładę pięć tysięcy osób.”*

Znasz mnie, ale nigdy mnie nie ujrzysz. Jeśli bowiem z niewidzialności obraz mój w twoich źrenicach zapłonie, nikogo spośród żywych już przy tobie nie będzie. Nie podążaj więc za mną, jeśli nie nadszedł jeszcze twój czas, nie wzywaj, nie szukaj... Pamiętaj, że jeśli cię spotkam, na nic twoje bogactwa, zaszczyty i trony! Nie ugną mnie armaty, ni czeluści wód odmętów. Jestem Ankou – twoja śmierć! Można by jeszcze długo parafrazować powyższy fragment starej, celtyckiej pieśni, przenoszonej z ust do ust bretońskiego ludu północnej Galii. Pieśń jest świadectwem o wyjątkowym, nie spotykanym nigdzie indziej spersonifikowaniem śmierci w postaci mężczyzny. Oto kostuch okryty całunem, z filcowym kapeluszem spoczywającym na czaszce, dzierżący ciężki młot lub kosę z odwróconym ostrzem, przybywa na spotkanie ze śmiertelnikiem. I staje się rzec zaskakująca; Ankou nie ścina głowy, nie przeszywa serca... Daje czas na przygotowanie się do śmierci i wskazuje na powóz za plecami do przewozu zwłok, do którego zaprasza wymownym ruchem kosy.

Listopad przywołuje we mnie obraz śmierci ludzi, których znałem, z którymi łączyły mnie więzi rodzinne lub przyjacielskie. Wspominam również nieprzyjaciół i zastanawiam się, czy spoglądają na mnie gdzieś z boku, z innego świata. Moje wspomnienia przesłania jednak inny, silniejszy obraz; to obraz poszukiwaczy śmierci – ocierających się o skraj życia dobrowolnie, z ciekawości, naiwnie, bezczelnie, z pogardą lub bez, świadomie lub nie... Myślę o młodzieńcu przechodzącym przez ruchliwą drogę pośród pisku opon hamujących samochodów, o dziewczynie siedzącej na ławce przystanku autobusowego i wypalającej czwartego papierosa w ciągu kilkunastu minut, o mężczyźnie popijającym piwo o siódmej rano przed sklepem spożywczym, o kobiecie myjącej okno na czwartym piętrze w trakcie głośnej kłótni z mężem, o kierowcy motoru pędzącego ulicą obok gimnazjum, przekraczającym trzykrotnie dozwoloną prędkość, o dwóch chłopcach bijących młodszego kolegę aż do chwili mojego przybiegnięcia...

Przez całe życie szukamy śmierci i obawiamy się jej, choć bardziej boimy się zapomnienia. Myślimy: jak to będzie? Czy będzie bolało? Czy ktoś przy mnie będzie? Kiedy to się stanie? Ciekawość odkrycia tajemnicy prowadzi często do nieszczęść. Na nic przewidywania i wmawianie sobie: to jeszcze nie teraz. To nie może się teraz stać. Tymczasem Ankou, czy jakiekolwiek inne uosobienie śmierci, spoczywa na kamieniu gdzieś niedaleko i przygląda się z oddali. Odpoczywa, by w końcu zabrać się do pracy... Po cóż jednak straszyć śmiercią, gdy można opiewać życie i wyraźnie znaczyć jego ślad? Przecież życie przezwycięża śmierć! W niektórych dziełach można odnaleźć uwieńczenie życia poprzez poślubienie śmierci. „Śmierć będzie moją panną młodą” – śpiewa Brendan Perry i zdają się wtórować mu niektórzy sreżyserzy filmowi. Wątkiem przewodnim jest poskromienie śmierci, zapanowanie nad nią i zapewnienie sobie ziemskiej nieśmiertelności.

Czy warto spieszyć się w celu poznania śmierci? Czy igranie z losem daje szczęście? Czy pogarda dla życia ułatwi rozwikłanie tajemnicy przejścia na drugi brzeg? Nieustanny bieg bez tchu może przecież doprowadzić do szaleństwa i obsesji. Mówisz sobie: mam dosyć, niczego już nie chcę, stoję na rozdrożu i nie wiem, w którą stronę pójść... Usłysz jednak wewnętrzny głos wołający o spokój twojej duszy. Spójrz wstecz, zwolnij, odpocznij, wycisz się. Pomyśl o nocy, po której nadchodzi dzień; wspomnij burzę, po której następuje spokój; zapadnij w spokojny sen, by zbudzić się o wschodzie słońca...

W listopadowy wieczór zapalam znicze na grobach moich bliskich. Wpatrując się w jasny, drgający płomień, który starają się stłumić powiewy mroźnego wiatru, myślę o zawiłych ścieżkach ludzkiego losu, wplecionego niczym drobna gałązka w konary sędziwego drzewa, stojącego nieopodal. Majestatyczne drzewo chyli czoło przed deszczem i wiatrem, czerpie moc z korzeni zagłębionych w ziemi. Donikąd się nie spieszy; zupełnie jak ci, których ciała pogrzebano... na wieki wieków, Ankou.




.