2004-11-14

Ankou znaczy śmierć

.

„Papieża ani kardynałów nie oszczędzę; Królów żadnego, ani królowej,
ani książąt, ani księżniczek – arcybiskupów, biskupów ani księży –
szlachetnych ni mieszczuchów – rzemieślników i handlarzy –
Ani również pracowitych (...). To ja, Ankou, którego nie można przekupić!
Niewidzialnym przemierzam świat! Z góry Menez, krótkim wystrzałem
pocisku kładę pięć tysięcy osób.”*

Znasz mnie, ale nigdy mnie nie ujrzysz. Jeśli bowiem z niewidzialności obraz mój w twoich źrenicach zapłonie, nikogo spośród żywych już przy tobie nie będzie. Nie podążaj więc za mną, jeśli nie nadszedł jeszcze twój czas, nie wzywaj, nie szukaj... Pamiętaj, że jeśli cię spotkam, na nic twoje bogactwa, zaszczyty i trony! Nie ugną mnie armaty, ni czeluści wód odmętów. Jestem Ankou – twoja śmierć! Można by jeszcze długo parafrazować powyższy fragment starej, celtyckiej pieśni, przenoszonej z ust do ust bretońskiego ludu północnej Galii. Pieśń jest świadectwem o wyjątkowym, nie spotykanym nigdzie indziej spersonifikowaniem śmierci w postaci mężczyzny. Oto kostuch okryty całunem, z filcowym kapeluszem spoczywającym na czaszce, dzierżący ciężki młot lub kosę z odwróconym ostrzem, przybywa na spotkanie ze śmiertelnikiem. I staje się rzec zaskakująca; Ankou nie ścina głowy, nie przeszywa serca... Daje czas na przygotowanie się do śmierci i wskazuje na powóz za plecami do przewozu zwłok, do którego zaprasza wymownym ruchem kosy.

Listopad przywołuje we mnie obraz śmierci ludzi, których znałem, z którymi łączyły mnie więzi rodzinne lub przyjacielskie. Wspominam również nieprzyjaciół i zastanawiam się, czy spoglądają na mnie gdzieś z boku, z innego świata. Moje wspomnienia przesłania jednak inny, silniejszy obraz; to obraz poszukiwaczy śmierci – ocierających się o skraj życia dobrowolnie, z ciekawości, naiwnie, bezczelnie, z pogardą lub bez, świadomie lub nie... Myślę o młodzieńcu przechodzącym przez ruchliwą drogę pośród pisku opon hamujących samochodów, o dziewczynie siedzącej na ławce przystanku autobusowego i wypalającej czwartego papierosa w ciągu kilkunastu minut, o mężczyźnie popijającym piwo o siódmej rano przed sklepem spożywczym, o kobiecie myjącej okno na czwartym piętrze w trakcie głośnej kłótni z mężem, o kierowcy motoru pędzącego ulicą obok gimnazjum, przekraczającym trzykrotnie dozwoloną prędkość, o dwóch chłopcach bijących młodszego kolegę aż do chwili mojego przybiegnięcia...

Przez całe życie szukamy śmierci i obawiamy się jej, choć bardziej boimy się zapomnienia. Myślimy: jak to będzie? Czy będzie bolało? Czy ktoś przy mnie będzie? Kiedy to się stanie? Ciekawość odkrycia tajemnicy prowadzi często do nieszczęść. Na nic przewidywania i wmawianie sobie: to jeszcze nie teraz. To nie może się teraz stać. Tymczasem Ankou, czy jakiekolwiek inne uosobienie śmierci, spoczywa na kamieniu gdzieś niedaleko i przygląda się z oddali. Odpoczywa, by w końcu zabrać się do pracy... Po cóż jednak straszyć śmiercią, gdy można opiewać życie i wyraźnie znaczyć jego ślad? Przecież życie przezwycięża śmierć! W niektórych dziełach można odnaleźć uwieńczenie życia poprzez poślubienie śmierci. „Śmierć będzie moją panną młodą” – śpiewa Brendan Perry i zdają się wtórować mu niektórzy sreżyserzy filmowi. Wątkiem przewodnim jest poskromienie śmierci, zapanowanie nad nią i zapewnienie sobie ziemskiej nieśmiertelności.

Czy warto spieszyć się w celu poznania śmierci? Czy igranie z losem daje szczęście? Czy pogarda dla życia ułatwi rozwikłanie tajemnicy przejścia na drugi brzeg? Nieustanny bieg bez tchu może przecież doprowadzić do szaleństwa i obsesji. Mówisz sobie: mam dosyć, niczego już nie chcę, stoję na rozdrożu i nie wiem, w którą stronę pójść... Usłysz jednak wewnętrzny głos wołający o spokój twojej duszy. Spójrz wstecz, zwolnij, odpocznij, wycisz się. Pomyśl o nocy, po której nadchodzi dzień; wspomnij burzę, po której następuje spokój; zapadnij w spokojny sen, by zbudzić się o wschodzie słońca...

W listopadowy wieczór zapalam znicze na grobach moich bliskich. Wpatrując się w jasny, drgający płomień, który starają się stłumić powiewy mroźnego wiatru, myślę o zawiłych ścieżkach ludzkiego losu, wplecionego niczym drobna gałązka w konary sędziwego drzewa, stojącego nieopodal. Majestatyczne drzewo chyli czoło przed deszczem i wiatrem, czerpie moc z korzeni zagłębionych w ziemi. Donikąd się nie spieszy; zupełnie jak ci, których ciała pogrzebano... na wieki wieków, Ankou.




.