2005-06-15

Ryba, wino i chleb

.

J
em rybę. Smakuję białe mięso. Wydłubuję ości. Jakieś dwa tysiące lat temu podobnie czynił Chrystus. Tylko że ryba nie smakowała podobnie. W mojej jest więcej chemii i przypraw. Poza tym moja ryba pochodzi z supermarketowej chłodziarki, w której przeleżała jakiś czas.

Palcami rozdrabniam chleb. Zjadam go do ostatniego okruszka. Podobnie czynił Chrystus, chociaż on wiedział jak jeden bochenek cudownie przemienić w wiele. Wiedział jak nakarmić słuchających Jego nauk ludzi, którzy po uczcie mogli jeszcze zebrać parę koszy okruchów... Mój chleb pochodzi z pobliskiego sklepu spożywczego, gdzie przywieziono go z miejscowej piekarni, w której pracuje dwóch przeklinających piekarzy. Chleb muszę zjeść dzisiaj, gdyż jutro stanie się mdły w smaku, by w końcu stwardnieć jak kamień.

Zastanawiam się, jakie wino pił Chrystus podczas swojej wieczerzy. Białe? Czerwone? Jeśli przemieniał je symbolicznie w swoją krew, to zapewne czerwone. Ja do ryby piję białe kalifornijskie wino z wyhodowanych winorośli, których szczepy przywieziono z Europy i których korzenie są podlewane nowoczesnym systemem irygacyjnym. To wino, którego dojrzewanie skraca się poprzez wymieszanie go w ogromnej kadzi z pokrojonym na drobne kawałki drzewem korkowca. Co powiedziałby na jego smak Chrystus? Czy porównałby je do wody, którą przemienił w najlepsze wino podczas pamiętnego wesela w Kanie Galilejskiej?

Dzielą nas zaledwie dwa tysiące lat. I to wcale nie świetlnych. W skali kosmosu nie jest to nawet ledwie zauważalne mrugnięcie okiem.



Ryba, którą trzymał w palcach, miała stać się symbolem czystej wiary, ufności, nadziei oraz miłości do bliźniego i Boga. Moja ryba jest symbolem śmierci wyłowionej z umierającego morza. Tego samego morza, do którego wpływają zatrute rzeki i nad którymi wiatr próbuje bezskutecznie przepędzić przesiąknięte zanieczyszczeniami chmury.

Daleko za oceanem, w kraju, w którym nigdy nam nie zlikwidują wiz, zespół zapewne wynajętych doktorów stwierdził, że mięso łososia może być przyczyną raka. Zdrowe więc dotąd mięso rybie odwraca uwagę od BSE rozszalałych krów, które już wkrótce nie będą się nadawały nawet do posiekania na kotlet fast-food’a kupowanego w nie najtańszej restauracji szybkiej obsługi.

Z dala od tajemniczego uśmiechu greckich bogów, spoglądających na mnie z ilustracji podręcznika historii starożytnej, zaszyty w domowym zaciszu, myślę wciąż o świecie współczesnym: o tym, jaki jest naprawdę i o tym, jaki jest kreowany nie tylko przez media ale i przez nas samych. Rozmyślam o rzeczywistości i jej tragicznych paradoksach: oto Prezydent wręcza Order Honoru pewnemu generałowi, który parę tygodni wcześniej wydał rozkaz lotu samolotu odrzutowego, prowadząc pilota poprzez gęstą mgłę na spotkanie ze śmiercią. Oto wysoka osobistość rządu kraju roszczącego sobie prawo do „Sędziego Narodów”, jedynego, którego ma błogosławić Bóg, obwieszcza, że w Iraku nie odnaleziono żadnej broni, chociaż deklarowany fakt jej posiadania w rękach dyktatora wydawał się nad wyraz oczywisty.

Myślę również o skandalicznym traktowaniu pacjenta w naszym państwie, które miało być ostoją prawa. Myślę również o wielkiej aferze łapówkarsko-przekupnej, w której wbrew jawnemu i ponoć klarownemu dochodzeniu pewnej komisji śledczej zgubiłem się jakieś parę ładnych miesięcy temu...

Otaczają mnie wody morza czerwonego – morza krwi, czyli ulicy, na której mijają mnie ludzie, z których wielu godzi się na aborcję i eutanazję. Niektórzy patrzą mi prosto w oczy. Nie ma to niczego wspólnego z poszukiwaniem współczucia lub potwierdzenia własnego wyboru. To spojrzenie jest zadziorne – nie mogę go zapomnieć jeszcze długo po powrocie do domu.

Niedawno, podczas rozmowy z dwudziestodwu-letnią dziewczyną okazało się, że nie wierzy w duszę. „Nie wierzę, że istnieje dusza. Jestem bardzo daleka od stwierdzenia, że mam duszę lub coś podobnego.” Oto prawdziwa kobieta z krwi i kości... Niegdyś wydawało mi się oczywiste, że Człowiek posiada duszę. Dzisiaj, wczytując się w internetowe strony pewnego bloga (czyli pozornie intymnego pamiętnika, który mogą przeczytać wszyscy odwiedzający) brnąc przez obrazy wyimaginowanego diabła i poświęcone mu mroczne teksty, zniewalające rozum człowieka, zaczyna braknąć mi pewności, czy to, w co wierzyłem od dzieciństwa jest właściwe i słuszne. Jak jest w końcu z tą duszą? Czy jej marny żywot ma zakończyć śmierć ciała? Czy po ostatnim tchnieniu nastanie ciemność, jak w wierszu Wiktora Hugo (to nie ten od kosmetyków, lecz pewien poeta epoki romantyzmu!) niczym głęboki sen, z którego nigdy nie uda się już przebudzić?

Jem rybę. Smakuję białe mięso. Wydłubuję ości. Jakieś dwa tysiące lat temu podobnie czynił Chrystus... Podobnie jak On zastanawiam się i waham. I wciąż zadaję sobie pytanie: Czy to dzieje się teraz? Czy to dzieje się TERAZ?

Czy to stało się już...


.