2007-12-13

Między

.

Między śmiercią a śmiercią - most rozpinający się na brzegach słów. Dotykający rzeki życia; nurtu, pod który wciąż trzeba przeć, głębin ukrytych pod pieniącą się zimną tonią.

Między życiem a życiem jedna jest tylko granica. Zanim wykonasz pierwszy krok, pomyśl o następnym: czy pójdzie w tę samą stronę...

...

2007-12-11

Tristesse

.

Wspomnienia zasypiają o zmierzchu, by powrócić o świcie. Przychodzą z pierwszymi usłyszanymi dźwiękami; z muzyką, która niegdyś wypełniała przestrzeń, z zapachem pozostającym na policzkach i dłoniach, ze smakiem przywołującym minione chwile.

I chociaż rzeczy wydają się wciąż takie same, to smak w ustach zmienił się. Zmieniają się nuty słów drżących w powietrzu. I zapach zaczyna drażnić.

Jedynie samotność jest coraz bardziej gościnna i spotykam ją na każdym kroku.
Opowiem Ci o niej. Chcesz?... Może któregoś dnia ją pokochasz, tak jak ona pokochała mnie. La tristesse, la tristesse... - słyszysz jak dźwięczą te słowa rozpraszając naszą ciszę?

...

2007-11-17

Czas

..

Przegonić śmierć. A może dogonić ją? Po prostu, na nitce autostrady. W nocnym deszczu. W zamarzającej porannej mżawce.
W światłach skrzyżowania dróg z ciężką ciężarówką...

Przegonić śmierć.



Czasem mi się spieszy.
Czy czas ma jednak jeszcze znaczenie?

.

2007-11-02

Umarli...

.

Umarli czuwają nad nami.
Mówią do nas we śnie, przychodzą i czynią gest dłonią.
Kładą palec na ustach lub otwierają dłoń.

Mówią: ten czas, którym dysponujecie jest droższy od złota. Zamieńcie Wasze chwile w coś trwałego, co nie zmieni się w popiół. Bądźcie dla siebie w tym świecie, w którym tak wielu nie udaje się odnaleźć. W waszych sercach jest prawdziwy skarb, który zostanie rozpoznany przez każdy ze światów.


.

2007-10-31

M jak Mama

.


Moja Mama mówiła do mnie: Synku, czy z tym wszystkim sobie poradzisz?

Poradzę sobie -
odpowiadałem patrząc w jej gasnące oczy - poradzę sobie...

Świat mnie mija . A z nim ci wszyscy, którzy odeszli. Którym nie było dane widzieć przełomu wieków... Mija mnie świat, w którym można spotkać drugą połówkę duszy oraz bezwzględnego wroga. Mija mnie czas, którego nie powstrzymają żadne wskazówki - choćby skręcić je i trzymać w stalowym uścisku.

Mówiła do mnie: Tak bardzo się boję. Dlaczego nie mogę już dłużej znieść bólu?

Otulałem ją ramieniem. Mogła siedzieć dwie, czasem trzy minuty.

- Czy to już noc, czy wciąż jeszcze dzień? - pytała unosząc powieki, spod których w chwili świadomości patrzyły na mnie jej oczy.
- To już noc, Mamo... - odpowiadałem przykrywając ją ciepłym kocem.
- Żartujesz synku... to niemożliwe. Przecież tak bardzo boję się nocy...

Zastrzyk z morfiną koił jej ból.
Widziałem jak gasło światło w jej oczach. Jak dłoń osuwała się na kanapę...
Delikatnie kładłem ją na boku. Wiedziałem, że w nocy, w każdej chwili nocy, może obudzić mnie jej krzyk. Zapalałem nocną lampkę na stoliku. W pobliżu łóżka.

Przypominałem sobie opowieść mojej ciotki. Kiedy Twoja Mama cię urodziła, były kłopoty... pojawił się guzek gdzieś w piersi... Po Twoich urodzinach zaczęła chorować... Minęło ponad dwadzieścia lat zanim choroba powróciła...

Czułem, że w moim życiu odrodziła się Jej śmierć.

Pamiętam ostatnią kroplę wody, którą podałem do Jej ust łyżeczką. Pamiętam jak kropla spływała gdzieś głęboko, jakby nie mogła zaschnąć w przełyku.

Pamiętam dotyk dłoni mojej Mamy. Jak nie miała sił zacisnąć palców...

Pamiętam ostatni oddech, w którym zgasło Jej życie.

Wszystko pamiętam, Mamo. Wszystko.
Pamiętam jak się śmiałaś do łez, jak jedliśmy pyzy z karmelowym sosem i świeże, gorące pączki. Jak opowiadałaś o minionym dniu... Jak pojechaliśmy nad jezioro i cieszyliśmy się pluskaniem podpływających do brzegu ryb... Jak rozmawialiśmy przez telefon, gdy mieszkałem zagranicą.

Jak kochałaś życie i nigdy się nie poddałaś.

Wszystko pamiętam, Mamo. I niczego nie zapomnę.

Odpoczywaj w spokoju.

...



2007-10-15

Jennifer

.

Głęboka purpura jej sukienki.
Zieleń oczu opuszczonych przez sen.
Długie, pomarańczowe włosy o zapachu zwiędłych lilii.

Jej karminowe usta przesłonięte dłonią. Szramka na policzku.

Jej połamane paznokcie.

Jennifer, gdzie jesteś? Czy otulił Cię płaszcz lepkiej nocy?




- Jestem tutaj... w głębinach zimnej wody...


Zieleń oczu i rzęsy trzęsawisk. Napływająca zewsząd cisza.

Pocałunek rybich ust.



- Jestem tutaj... w głębinach zimnej wody...










(Ilustracja: Ewa Seweryn, zobacz inne prace tej Autorki)



(inspiracja: posłuchaj)

Jennifer with your orange hair
Jennifer with your green eyes
Jennifer in your dress of deepest purple
Jennifer - Where are you tonight?
Jennifer - Where are you tonight?


(Underneath the water / Underneath the water)

...

2007-10-11

Oczy przesłoń kamieniem nocy

.


powstrzymaj moje dłonie
i zasznuruj mi usta

oczy przesłoń kamieniem nocy

naucz kłamać
moje zniecierpliwienie
i ciało
i wypleń każdą myśl o Tobie

wyjaw przyszłość
która dzieje się teraz

zawstydź mnie omam
zaklnij w bezwolny przedmiot

a potem powiedz że mnie
kochasz

.




Naucz się rozmawiać ze mną. O Miłości, która uleczy chorobę życia.

.

2007-10-06

Słońce słoneczności...

.


.
Miłość jest bezinteresownym czynieniem miłości,
Tak jak słońce jest bezinteresownym promieniowaniem słoneczności.

Słońce jest słońcem w świecie heliosowym,

Miłość jest słońcem w świecie księżycowym.
Słońce jest słońcem w świecie jasności,
Miłość jest słońcem w świecie ciemności...


Cokolwiek pomiędzy ludźmi kończy się - znaczy: nigdy się nie zaczęło.

Gdyby prawdziwie się zaczęło, nie skończyłoby się.

Skończyło się, bo się nie zaczęło.

Cokolwiek prawdziwie się zaczyna, nigdy się nie kończy.


(Z Edwarda Stachury)


Wierzę w Miłość - w związek dusz, myśli, słów, związek ciał odnajdujących pełnię, w której jest jednocześnie zachłanność i całkowite oddanie; nienasycenie sięgające dalej niż siła mięśni, niż rozkosz i ból. Wierzę w Miłość, której nie powstrzymują żadne więzy, która Jest i zawsze Była.

Wierzę w Miłość, przed którą życie nie istniało, bo życie odradza się dopiero w niej.

Wierzę w Miłość. A nawet gdybym przestał w nią wierzyć, to nie oznacza, że jej nie ma. Wierzę w Miłość ponadczasową, która trwa bez końca i bez początku. Której nie wymawia się na głos; nie wymagającej wypowiadania słów: "Kocham Cię". W Miłość leczącą z choroby życia toczonego przez raka codzienności.

Wierzę w Miłość, która wypełnia najmniejszą komórkę, najtwardszą kość i ulotną myśl. Która nie umiera wraz z odejściem ukochanej osoby ani z grudką piasku rzucanego na jej trumnę. Która trwa nawet po przejściu przez wrota śmierci i nie wymaga niczego w zamian, gdyż jest utkana z płótna dobrej woli.

Wierzę w Miłość, która jest czarno-białą fotografią i tęczą wypełnioną milionami kropel... wierzę...

Miłość nie jest pożądaniem czyjejś duszy. Pożądanie czyjejś duszy jest po prostu pożądaniem. Pierwiastkiem wchodzącym w skład pragnienia - które może być, choć nie musi, elementem Miłości...

Jeśli Miłość jest, to można wyczytać ją z każdego Twojego gestu, z oddechu, pulsu serca, opadającego na czoło włosa... Można jej uczuć w każdym przygotowywanym posiłku, w spojrzeniu, w słowach i w milczeniu. Nawet w nieobecności. I w rzeczach, które zostały naznaczone Twoim dotykiem.

Związek bez Miłości jest jak martwa ryba na powietrzu.
Jak drzewo bez korzeni albo ptak bez skrzydeł.



Jak życie w ciemności, do której nie dociera Światło.



.


2007-10-04

Nawet w piekle...

.




Wiesz, nawet w piekle jest sporo światła.
Płoną dusze w ognistych jęzorach.
Rozżarzone łuczywa rozchełstują skórę z białego
szkieletu miękniejących kości.
Płoną oczy i w nozdrza wdziera się ognisty swąd spalanych,
złotych od liżącego je ognia włosów.
Tutaj wiek nie ma znaczenia.

Każdy otrzyma swoją porcję światła.
I ognia podsycającego śmierć.


.

2007-10-02

Oślepienie

.


.

Oślepia mnie słońce Twoich słów. Nie widzę już prawdy ani fałszu. Ani dobra ani zła. Nie rozróżniam barw. Pod osłoną powiek są tylko plamy; bolesne krwawienie obumierającej przeszłości. Niczego nie mogę rozpoznać. Muszę opuścić głowę, by spojrzeć, czy ziemia wciąż jest pod moimi nogami. Nie mogę bez końca unosić się w przestworzach.

Świat drwi.
Wiatr rozrzedza powietrze.
W skroniach pulsuje ta sama krew.

Wąż wijący się u moich stóp przeobraża się w kokon, z którego wybijają się promienie światła. Chciałbym zajrzeć do tego wnętrza, chociaż wiem, że już na zawsze mogę stracić wzrok. Oślepi mnie prawda o człowieku, któremu pozwolono ujrzeć przyszłość.


.

Dusze

.



Tęsknię za Tobą jak pustelnik za samotnią. I nic już nie wyrwie mnie z takiej tęsknoty.

Będziesz blisko, bliżej niż przewidywałem. Twoje dłonie będą błądzić po mnie a usta smakować moją skórę.

A ja będę tęsknił za słowami, których nigdy nie wypowiesz. Za myślami, których nigdy nie pomyślisz.

Powiesz: Będę dla ciebie całym światem.

A ja będę myślał o świecie odległym. O nieuchwytnym locie motyla, którego skrzydełka przypominają Twoje powieki. O tkaniu przestrzeni z nici światła. O muzyce powstającej z oddechu i rytmu napinających się mięśni. O słonogorzkim smaku ust.

Zapytasz: Czy teraz jesteś tutaj ze mną?

Nie odpowiem. Zamknę oczy i zapadnę w kamienny sen.



(Ilustracja: Amellia > www.)

.

2007-10-01

My Angel Gabriel

.


.

Są takie dźwięki, które mnie zachwycają. Głosy, które współbrzmią z akordami mojej duszy.

"Gabriel" - Lamb > Zobacz video.


I can fly
but I want his wings
I can shine even in the darkness
but I crave the light that he brings
revel in the songs that he sings
my angel Gabriel

I can love
but I need his heart
I am strong even on my own
but from him I never want to part
he's been there since the very start
my angel Gabriel
my angel Gabriel

bless the day he came to be
angel's wings carried him to me
heavenly
I can fly
but I want his wings
I can shine even in the darkness
but I crave the light that he brings
revel in the songs that he sings
my angel Gabriel
my angel Gabriel
my angel Gabriel




Poniżej moje tłumaczenie:

mogę pofrunąć
ale pragnę jego skrzydeł
mogę nawet lśnić w ciemnościach
ale wciąż jestem złakniona światła, które przynosi
rozkoszuję się w pieśniach, które śpiewa
mój Anioł Gabriel


mogę kochać
ale potrzebuję jego serca
jestem w sobie jeszcze silna
ale nic mnie od niego nie oddzieli
był tutaj od samego początku

mój Anioł Gabriel
mój Anioł Gabriel

błogosławię dzień, w którym do mnie przyszedł
jego anielskie skrzydła chronią mnie
niebiańsko
mogę latać

ale pragnę jego skrzydeł
i
lśnić mogę w ciemnościach
ale wciąż jestem złakniona światła, które przynosi
rozkoszuję się w pieśniach, które śpiewa
mój Anioł Gabriel
mój Anioł Gabriel
mój Anioł Gabriel






.

2007-09-29

Zamyśliłam się

.


Zamyśliłam się... Lecz czy potrafię jeszcze rozmawiać z Tobą w myślach?

Umarłam dla Ciebie i w Tobie. Duch mój jest silniejszy od śmierci, mocniejszy od smutku życia... Zamyśliłam się nad własnym życiem, którego los spoczywał w Twoich rękach. W tych dłoniach, w których niegdyś trzymałeś czyjeś serce... Teraz prócz myśli jest we mnie życiodajny głos. Głos, którego potrafię usłuchać...

Żyję dniami, w których budziłeś mnie swoimi słowami. Ciepłym brzmieniem rozlegającym się w słuchawce. Wspominam chwile, w którym byłam gotowa oddać Ci wszystko, co dotąd było mi najdroższe.

Mój kruchy świat spoczął w Twoich słowach. Przylgnęłam do Ciebie jak motyl złapany przez deszcz; owad nie mogący odkleić się od zimnej, mokrej szyby.

Patrzyłeś na mnie. Blisko. Jakbyś trzymał w dłoniach lupę; magiczne szkło podglądające najdrobniejsze szczegóły mojego życia.

Zamyśliłam się... Chciałabym znowu umieć z Tobą rozmawiać. Moje myśli rozproszył wiatr. Pamiętasz baśń o Królowej Śniegu? Tam pękło lustro na tysiąc kawałków, które wpadły w zatokę oka tysiąca ludzi, by skuć lodem ich serca.

Moje myśli są lustrem naszych dni, które zamieniły się w popiół ścielący się na pobliskich łąkach. Nie pozbieram go już więcej... Nawet gdybym próbowała, to przeszkodzi mi w tym deszcz - wierny sprzymierzeniec wiatru. Przeszkodzą mi pszczoły, których skrzydełka zostaną przyprószone szarym miodem, dziesiątki owadów, które wesołym brzęczeniem będą wypełniały ciszę...

I moje dłonie, które będą ściśnięte w bezsilne pięści.




(Ilustracja: Amellia > http://www.digart.pl/zoom/1147896/Zamyslenia_.html )

.

2007-09-27

List do M.

.


.

Nikt jeszcze nigdy nie podał ostatecznej definicji miłości. Można ją jedynie wyczuwać.

Mówić, że się w nią wierzy lub nie.

Chemia? Jest sporo chemii w miłości. Enzymy, które trawią nasze wnętrze, testosteron skracający życie, przysadka mózgowa pracująca na zwiększonych obrotach, szare komórki umierające w ciągu jednej milisekundy i odradzające się w drugiej.

A może kochamy za to, że jesteśmy kochani? Może odnajdujemy swoje lustro w drugim człowieku?

"Jestem dla Ciebie słowem" - mówi Ona albo On. I są dla siebie słowem. Bo słowa łączą ludzi a cisza ich rozdziela. I ze słów rodzą się myśli. Chociaż granica między słowami a myślami zaciera się. Dopiero potem są bodźce świata zewnętrznego. Stąd to wsiadanie do autobusu, mocniejsze odczuwanie smaków i kolorów. I zapachów. Stąd zatracanie się, wpadanie w nałóg uczucia, amok, narkotyczny trans, toksyczne pożądanie obecności drugiej osoby często bez wzajemności. A także wymaganie od partnera więcej niż może on dać. Niż chce i mógłby dać.

Czy miłość jest wyprawą w nieznane?

O, tak. Najczęściej tak bywa. Ale tym autobusem miłości można pojechać do Chin - i nie rozumieć języka, którym się posługuje. Albo udać się do jakiegoś romantycznego miejsca (Wenecja? Paryż? Nothing Hill?) i nudzić się w ciszy przy pełni księżyca. Albo wybrać się na pustynię - i tęsknić za sobą jak za deszczem.

Można jeszcze pozostać we własnym mieście i pomyśleć o kochanej osobie: jest słońcem, księżycem, deszczem, piaskiem, słowem, mną, sobą...

Napisała do mnie kiedyś pewna kobieta, że są w niej pełne pokłady miłości, którymi chce się podzielić. Że urodziła się, by kochać i być kochaną. Że każdy mijający dzień bez miłości jest niczego nie wart. Czy każdy człowiek nie mógłby powiedzieć tego samego?

Czy kochamy za coś? Podobno u mężczyzn miłość jest warunkowa i mniej bezinteresowna niż u kobiet. Czy to stereotyp? Czy kobiety również nie są czasem zachłanne w miłości? A gdy mówią: "pokochałam naprawdę", to czy ich wszelkie uczynki i gesty nie dążą w kierunku zapewnienia sobie Jego obecności i bycia tylko dla Nich? Dla Niej? Miłość jest remedium na samotność, która stała się dżumą – zarazą współczesności.

Miłość istnieje. Jest wszędzie. Tylko osoby, w których się zakochujemy są niewłaściwe. I przez to, czy chcemy tego czy nie, pojawia się cierpienie. Aż w końcu nadchodzi miłość przez duże M. To przez nią robisz kanapkę, w którą pakujesz rachunek za telefon, zakładasz skarpetki w różnych kolorach, zamiast iść do pracy - wsiadasz do autobusu, który wiezie Cię na drugi koniec miasta, nie śpisz pół nocy a rano wyrzucasz budzik przez okno...



(ilustracja: Amellia > http://www.digart.pl/zoom/627162/POWROT_ANIOLA__II.html)

.

2007-09-16

Olśnienie

.

Każdy doznaje w swoim życiu olśnienia. Jest to jakiś punkt zwrotny w jego istnieniu. Przebudzenie, niepowstrzymana chęć pokazania światu własnego Ja. Zupełnie jak czyjś głos albo echo przeszłości; jak dźwięk, który gwałtownie wyrywa z rannego snu i każe wstawać o świcie.

Ona powie nagle:
Zapomniałam już, że tak można, zapomniałam jak to jest, słyszę Twoje słowa, które wypełniają moje myśli. Wypowiadasz słowa, które nie zdążyły się jeszcze znaleźć na moich ustach. Wypowiadasz moje myśli. On zda sobie sprawę, że nic w jego życiu dotąd się nie liczyło, że nie zależy mu na tym jak wygląda ona, że liczy się wyłącznie jej obecność.

Obydwoje będą odczuwać niepewność wywołującą ból w żołądku, niepewność nie pozwalającą przełknąć koniecznego do życia pokarmu.
Będzie tęcza słów. I rodzące się z nich Ś w i a t ł o. Nastanie też lepka ciemność i cisza, które wypełnią ich wspólny oddech.

On powie jej: Jesteś Tą, na którą czekałem. To za tobą tęsknię, chociaż nigdy do końca cię nie poznam. Nie będzie nam dane przejrzeć się w źrenicach głębokich jak wysuszona od lat studnia pragnąca wody.

Ona odpowie: C
zas przestał się liczyć. Słowo, które wypowiadasz pozostanie ze mną. Boję się myśli, że ty jesteś właśnie Tym. I boję się, że powiem: Nie jesteś tym, kim mógłbyś być.

On powie: Czytam z Ciebie jak z otwartej księgi, chociaż jej stronice zostały zapisane w nieznanym mi języku. Wyczuwam go podświadomie i używam słów, które nabierają dla mnie nowego sensu. W kolejne wersy i strofy zaklinam moje nieistnienie. Mój niebyt w tobie i pustelniczą ciszę.

.

I choć zgasną me oczy...

.

I choć zgasną me oczy to pojawisz się we mnie
choć wyzbędę się uszu to wciąż słyszeć Cię będę
odwrócę twarz
Ty przede mną staniesz
zapomnę Cię
nie dasz mi się zapomnieć

niemo zasnę - we śnie ujrzę Cię nagle
sprzymierzę się z cieniem - słońca płomienie sprowadzisz na mnie
będę Cię przeklinać w opętanym krzyku
Ty obłaskawisz kamień serca

słów misterną siecią
a gdy ciało moje splecione w przepaści umarłej spadać będzie
- nie pozwolisz mu o skały się roztrzaskać
i choć zatrzymam czas

- Ty w wieczności mnie odnajdziesz

(T.J.; 1995)
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Y aunque se apaguen mis ojos tú aparecerás en mí
aunque me deshaga de mis oídos te seguiré oyendo
giraré la cara- tú estarás delante de mí
me olvidaré de tí- no me dejarás olvidarte

dormiré mudo- en el sueño de repente te veré
me aliaré con la sombra- posarás las llamas del sol sobre mí
te maldeciré en en el grito loco
tú halagarás la piedra del corazón
con la misteriosa red de palabras

y cuando mi cuerpo entrelazado en el abismo muerto estará cayendo
no le dejarás estrellarse contra las rocas
y aunque detenga el tiempo

tú me encontrarás en la eternidad


(Tłum. mojego wiersza na j. hiszpański, Z. K. 2007, na podstawie tłum.
BeaI, 2006)


*

kvankam estingiĝos miaj okuloj vi aperos en mi
kvankam seniĝos miaj oreloj ĉiam mi aŭdos vin
mi deturnos vizaĝon — vi antaŭ mi staros
forgesi vin — ne permesante

mute ekdormante — en sonĝo mi subite vin ekvidos
sur kaŝitan en ombro — vi direktos sunajn radiojn
mi blasfemos vin en freneza krio
— vi trankviliĝos mian ŝtonan koron —
per mistera plektaĵo de vortoj


kaj kiam en mortan abismon falados mia korpo
vi ne permesos, ke ĝi frakasu je rokoj
kaj eĉ, se mi tempon haltigos

— vi en eterneco min retrovos




(tłum. mojego wiersza na j. esperanto: D. K., 2006)




*

Zgaś moje oczy: ja Cię widzieć mogę,
uszy zatrzaśnij: ja Ciebie usłyszę -
i ja do Ciebie bez nóg znajdę drogę
i bez ust krzyk mój cisnę w Twoją ciszę.
Ręce mi odrąb, a ja Cię pochwycę,
ja Cię pochwycę sercem jak ramieniem,
zawrzyj mi serce: mózgiem Cię zdobędę,
a skoro mózg mi wypalisz płomieniem,
ja na krwi mojej Ciebie nosić będę.



(Rainer Maria Rilke, 1905, ze zbioru: "Księga Godzin"
wiersz odkryty któregoś dnia... )


.

2007-09-13

Gra

.

Znam wszystkie Twoje chwyty a Ty znasz moje. Ustalone zasady gry zmieniają się. To proste, przestańmy się w końcu oszukiwać. Powiem Ci o wszystkim wprost. Chcesz? Tylko, czy jesteś na to gotowa? Stawką w tej grze jest moje życie: trawione niekończącym się ogniem.

Niedopalony knot świecy przypominał mi widzianego z oddali człowieka stojącego na wzgórzu, który zwiesił głowę jakby było mu wszystko jedno. Nie potrafiłem dostrzec rysów jego twarzy, choć z daleka wyczuwałem w nim przeogromny smutek. Wyglądał na kogoś, kto stracił już wszystko. Komu zabrano nagle dom, przyjaciół i wiarę w drugiego człowieka.

Kiedy podszedłem do niego wydawał się odległy i nieobecny. Garbił się jakby chciał zwinąć się w embrion lub upaść na ziemię. Wokół jego stóp leżały niedopałki papierosów i zmiętolone pudełko zapałek. Pamiętam jak trzymał zaciśnięte w pięści dłonie: sine od niedokrwienia palce i napięte żyły nadgarstków.

Jestem już innym człowiekiem. Nie poznałaś mnie i już nigdy nie poznasz. Rodzą się we mnie ptaki słów dla Ciebie niesione na skrzydłach wiatru. Ukryłem się za ścianą marzeń, w których zamieszkała moja dusza. Ale teraz jest cicho i pusto. Tylko bicie serca i oddech wypełniają moją ciszę.

Każde moje pytanie napotykało na jego milczenie. Nie było go tutaj. Jakby ciało nie nadążało za resztkami umysłu, które w sobie skrywał. Przeniósł się w inne miejsce. Wybiegł w przyszłość lub podążył ścieżkami przeszłości. Zamieszkał w niedostępnej przestrzeni, w której czas zacierał ślady a przeznaczenie wyznaczało je ponownie. Zapętlał zdarzenia i przeistaczał je ponownie rysując nowe scenariusze, udoskonalając z zegarmistrzowską precyzją kolejne szczegóły.

Pamiętam każde wypowiedziane słowo i wspólnie spędzoną chwilę. Niczego nigdy nie zapomnę. Nie potrafię zapomnieć. Poznałem smak bólu, tęsknoty i miłości. Rozpoznawałem siebie w Twoich oczach, przeglądałem się w Twoich snach, odnajdywałem w Twoim dotyku, pocałunkach i pierwszej pieszczocie. W Twoich zmysłach chłonących moje, zapachu mieszającym się z moim, w tańcu wypełnionym muzyką naszych ciał.

Postanowiłem więc odejść i pozostawić go w spokoju. Nie mogłem wpinać się jak agrafka w jego los. Do niczego nie byłem mu potrzebny. Nie zauważył mnie nawet wtedy, gdy potrząsnąłem jego ramionami. Z jego ust wydobył się jedynie jakiś jęk, jakbym sprawił mu ból albo jakby przypomniał sobie o czymś, co ów ból mogło mu sprawić.




*



Wracając do domu odnalazłem skrzydła. Najprawdopodobniej należały do jakiegoś anioła. Być może do tego, którego spotkałem na wzgórzu.


.

2007-09-11

Dusza

.

Chcesz? Odsłonię przed Tobą moją duszę...

Tylko co z nią zrobisz? Posadzisz na krześle obok? Rozwiesisz razem z praniem? A może owiniesz ją wokół szyi i zaczniesz wspinać się na chyboczący się taboret? A może będziesz ją smakować ustami, rozgryzać powoli jej włókna i rozgniatać na podniebieniu? A potem przetrawisz ją kieliszkiem czerwonego wina?

Moja dusza jest bezbronna. Daje unieść się w dłoniach. Jak płócienne prześcieradło albo zgubione łabędzie pióro. Nie ma w sobie żadnej choroby. Nie musisz się bać. Może, co najwyżej, zarazić Cię moim życiem. Sprawić, że zrozumiesz słowa, których wciąż używając nie domyślasz się znaczenia.

Moja dusza nie należy do mnie. Została mi powierzona na czas kilkudziesięciu lat, które można w każdej chwili zamknąć błyskawicznym zamkiem. Kiedyś należała do kogoś innego. Spójrz, chcę Tobie właśnie ją ofiarować! Wahasz się? Czy prościej byłoby trzymać w Twoich dłoniach moje pulsujące życiem serce?

Moje ciało jest tylko tatuażem duszy. Nieszczelnym pojemnikiem nie nadającym się dłużej do przechowywania tych samych śmieci. Cuchnącym mięsiwem, w którym zagnieździły się nieuleczalne choroby. Kretowiskiem, którym oddycha poraniona ziemia. Obumierającym korzeniem usychającego drzewa.

Czy mogę ofiarować Ci moją duszę? Nie musisz płacić ani stać w kolejce. Możesz tulić ją do siebie każdej nocy. A w ciągu dnia patrzeć jak odbija się w lustrze drżącego jeziora. Może nawet zatańczy dla Ciebie ryzykując spalenie w płomieniach ogniska, które rozpalasz co wieczór w myślach?

Czy sięgniesz dłońmi po nią? Czy rozepniesz guziki koszuli, by wtuliła się w Twoje ciało? Czy obejmiesz ją czule, czy ściśniesz z całych sił, by nie mogła uciec w stronę południowego światła? Czy zdusisz ją nogą jak jadowitą żmiję, czy ułożysz delikatnie w pachnącej pościeli?

Co zrobisz z moją duszą, jeśli wcześniej zabrano Ci Twoją?

.

2007-09-10

Wehikuł czasu

.

Jak wiele jeszcze smutku potrafię unieść? Czy mój smutek jest również Twoim?

Wsiadłem do wehikułu czasu i zatrzasnąłem za sobą drzwi.
Jest zimno i ciemno. Jedyne światło pochodzi z moich oczu.

Czyjś głos powiedział, że nie ma już stąd wyjścia.
Nie ma odwrotu.
To, co było wcześniej, tak naprawdę nie istniało.

Wehikuł czasu może przenieść mnie tylko w przyszłość. Nigdy nie odzyskam lat, które mógłbym przeżyć nie wsiadając do niego. Nie odzyskam chwil, w których czułem się szczęśliwy. Ani chwil, w których mógłbym uwierzyć w szczęście. Nie odnajdę słów, których nie zdążę zapisać. Ani gestów, które chciałbym uczynić. Nigdy nie spotkam Ciebie, bo mną będzie ktoś zupełnie inny. On utuli Cię w milczącą noc i będzie wsłuchiwać się w szept Twoich ust, w ciepłe głoski słów, które wypowiesz przez sen. Nie rozpozna w nich mojego imienia. Będę dla niego niezrozumiałymi dźwiękami pochodzącymi z najgłębszego zakątka Twojego snu albo nieznanym językiem, w którym przemawiają zakochani; o którym przypomną Ci jedynie opadające na ziemię liście z posmutniałych, jesiennych drzew.

Czy mój smutek któregoś dnia zamieni się w śnieżnobiałego gołębia?
Czy ptak
ze mnie powstały uniesie na swoich skrzydłach moją niemoc i modlitwę o wiarę w drugiego człowieka, której nikt dotąd nie wysłuchał?

.

2007-09-04

Zimny

.

ZIMNY JAK MARTWY DIABEŁ


Czy dostrzegła smutek w jego oczach?

Czy zapadając w głęboki sen wyczuwa jak skurczył się w embrion wypełniony bólem, strachem i odrzuceniem zakorzenionym w dzieciństwie? Czy zdaje sobie sprawę, że wykradła mu bezpowrotnie czas, którego nie odkupią już żadne słowa?

Czy słyszy jego myśli o złamanych obietnicach, o bezpowrotnym pożegnaniu i ofierze złożonej ze ślepej wiary w miłość i drugiego człowieka?

Czy zna go? Czy on zna ją?

Dlaczego rozmawiają ze sobą za pośrednictwem ciszy? Czym są ich słowa kierowane w pustą przestrzeń mijanych korytarzy i zimnych pomieszczeń? Dlaczego zamknęła przed nim wszystkie okna swojej duszy?

Zimny.
Zimny jak jesienny poranek.
Trawiony przez raka samotności.
Napinający krzywymi zębami aortę życia.

Zimny od życia, które oglądają jego krwią nabiegłe oczy.
Zimny od słów, które słyszy z jej ust; od spojrzeń, które nie są skierowane w jego stronę; od dotyku, przed którym nie potrafi uciec.

Upiór, zombie, wilkołak popijający coraz mocniejszy alkohol odurzającej cichej śmierci. Przybrany w maskę uśmiechu, nadrabiający szczodrym gestem, nie patrzący w lustro.

Zimny.


.

2007-09-01

Czas nagli

.

Zostało mi niewiele czasu.

Mniej niż ta chwila piasku przesypującego się w klepsydrze.
Niewiele więcej niż te kilka opadnięć sennych powiek przesłaniających oczom mruczące jarzeniówki.

Czy zdążysz mnie odnaleźć? Czy usłyszę Twój głos zamiast kilku słów przesłanych esemesem? Czy spojrzę w Twoje oczy, by odnaleźć w nich Twoją duszę?

Dzięki Tobie istnieję jeszcze. I wsłuchuję się w wiatr rozpaczający za oknem. Wzrokiem dosięgam księżyc w pełni. W myślach modlę się do Anioła Stróża, który zamieszkał w sali obok, bo skusiła go jakaś niska blondynka...

Ten świat się pomylił. Pomieszał losy i zapętlił ścieżki. Lecz w końcu przeznaczenie przebudziło się któregoś poranka. Wyłoniło się z mórz; rwane morskim prądem, niesione wysoką falą i rzeźbione pochmurnym obliczem Posejdona.

I oto Jesteś.

I wszystko nie jest zbyt późno. Nie jest zbyt późno...

.

2007-08-31

Cisza i mgła

.
Cisza i mgła.

Wiele jest różnych hałasów, ale cisza pozostanie tylko jedna. Wiele jest mgieł w naszym życiu: otulających świt, unoszących się nad pobliskimi łąkami, wtapiającymi się w śpiące domostwa, przesłaniających kopułę słońca...

Wiem skąd pochodzi to Światło, chociaż nie wiem dokąd zmierza. Zawsze wyznaczało mi drogę. Objęte płaszczem nocy przywoływało świt. Przesiąknięte chmurą sprowadzało oczyszczający deszcz...

Czy to samo Światło wyznacza rytm Twojego życia? Czy pulsuje w Twoich skroniach i ciemnym pigmentem znaczy Twoją skórę? Czy kłuciem rzęs opuszcza Ci powieki a potem tańczy pod nimi w zaczarowanym pląsie czarno-białych plamek?

Wiesz, nawet w piekle jest sporo światła. Płoną dusze w ognistych jęzorach. Rozżarzone łuczywa rozchełstują skórę z białego szkieletu miękniejących kości. Płoną oczy i w nozdrza wdziera się ognisty swąd spalanych, złotych od liżącego je ognia włosów. Tutaj wiek nie ma znaczenia. Każdy otrzyma swoją porcję światła. I ognia podsycającego śmierć.

.

Światło mnie nie opuszcza.
Zamieszkało w mojej duszy.
Otoczone chłodną mgłą z ledwie zauważalnego pogranicza świtu, uwalniającego się z objęć nocy.

.

2007-08-14

Collage

.

Wszystko pamiętam. Śladami pamięci wyznaczam szlak dnia.

Sanktuarium słów, w których nie zalega cisza.
Dłonie wznoszące się do ołtarza ciała.

Woń ambrowego kadzidła osiadająca na włosach.

Morska fala, wznosząca się i opadająca na piaszczysty brzeg.
Gorące wydmy rozgorzałe słońcem.
Pokrzykiwania mew zastygających w powietrzu.


Dotyk światła rozczepiony przez rzęsy. Źrenice życia.
Kurtyny powiek.




* * *


...i jeśli mógł czegoś więcej pragnąć, to Czasu, który byłby im przypisany. Czasu, którego nie musieliby z nikim dzielić; który dla nich zatrzymałby się w dla nich wyznaczonym miejscu.











(Ilustracja: Amellia > http://www.digart.pl/zoom/1150123/Sladami_pamieci_.html )

.

2007-08-13

W drodze

.




Droga.

Mijam kolejne domy. Przecinam wsie i miasteczka. Podążam wstążką dróg.

Muzyka Preisnera. Wkrótce nowy album. Będzie o ciszy, o nocy i marzeniach. O snach.

Dzisiaj słowa są muzyką. Brzmią, rezonują i dźwięczą.

.

2007-08-04

Przed Okiem Boga

.


Chronisz nas, Chmuro,
Przed wszystkowidzącym Okiem Boga.

Nie przynosisz rzęsistego deszczu;
Pozwalasz pójść za cieniem Twoich powiek.
Leczysz chwile wypalone słońcem Życia.
Cieniem zasklepiasz przestrzenie Światła.

Teraz możemy spojrzeć w Naszą stronę,
Dostrzec zarysy myśli i rzeźby słów.
Nauczyć się oddychać wiatrem,
By nie rozgorzeć jak lepka lawa snów.


.

2007-08-01

Rozmowy

.

Błądziłam przez cały dzień w parku wypatrując Ciebie... Miałeś przyjść, lecz nie pojawiłeś się o umówionej porze. Co zatrzymało Cię w drodze? Dlaczego nie wiem co robisz? Czy kogoś spotkałeś? Czy inna kobieta ofiarowała Ci smak swoich ust i dłońmi oplotła Twe ramiona? Gdzie jesteś?

Zakorzeniłem się w przeszłości, w źle podjętych decyzjach i pozwoliłem objąć demonom codzienności.
Jeśli kocham Cię, to czy nie powinienem pozwolić Ci odejść?


Gdzie jesteś? Czy opuściłeś mnie? Dlaczego nie pocałowałeś mnie na pożegnanie? Dlaczego nasza rozmowa pozostaje niedokończona? Nie zdążyłam jeszcze opowiedzieć Ci mojego życia...

Są rozmowy, o których szumią drzewa.
Myśli unoszące się pośród traw i ostrokrzewów.
Spojrzenia ptaków siedzących na drżących gałązkach.
I płomienie słońca złotą farbą muskające liście.



- Chociaż oczy przewiążesz mi wstążką nocy, to wciąż widzieć Cię będę... Jestem Twoją wiosną i jesienią, pamiętasz?
- Tak, pamiętam... To złoto liści tak bardzo mi drogie nie zastąpi jednak nigdy Twojej obecności.
- Więc zdejmij, proszę, tę wstążkę...
- Tak bardzo chciałbym, wierz mi, ale gdy ponownie ujrzysz promienie słońca, już nigdy do mnie nie będziesz chciała powrócić...
- Nie liczą się dla mnie promienie słońca ani nieba błękity. Wystarczy mi Twoje spojrzenie i jasne oblicze. Zamiast w zwierciadłach - w Twoich źrenicach pragnę się przeglądać... Zamiast deszczu - oczyszczą mnie Twoje łzy... Miast wiatru - Twój oddech będzie dla mnie powietrzem...
- Czyż moje dłonie nie będą dla Ciebie sznurem wiążącym Ci ręce? A moje słowa nie staną się opium, bez którego krwi toczyć sił nie będzie miało Twoje serce?
- Twoje dłonie będą mnie chronić , a słowa wzniecać we mnie życie...





*Ilustracja: Amellia (> www.amellia.digart.pl)

.

2007-07-30

Strażnik duszy

.

Marnujemy życie, ale nie marnujmy czasu.
Nie stójmy w miejscu, gdy czas prze wciąż naprzód.


Odczytuję Twoje myśli; Ty znasz moje.
W naszym języku tworzymy nowe znaczenia.
Zaglądasz do moich myśli poprzez skurcz w żołądku i głos uwięziony w krtani.
Każde wypowiedziane słowo nie jest pustym dźwiękiem powielanym przez echo.

Szalony taniec śmierci może porwać nas w każdej chwili.

Ten rozpędzony na motorze dwudziestolatek nie zdaje sobie z niczego sprawy. Myśli o wskazówce sięgającej czerwonego pola. Ta dziewczyna obejmująca go wpół myśli tylko o ścianie wiatru i o tym jak będą się kochać w lesie. Czy domyśla się, że drzewa nie będą się więcej pochylać nad nimi?

Czy ta kobieta, która przystanęła na czerwonym świetle, przeglądająca się we wstecznym lusterku i poprawiająca ślad szminki na ustach, czy potrafi przewidzieć ciężarówkę wyjeżdżającą nagle z kolein, którą spotka zaledwie pięć kilometrów za miastem?

Kto powiadomi mnie kiedy... ?

*

Strażniku duszy
Uchroń nas przed błędami ciała,
Pozwól oczom widzieć ścieżki jasne i proste,
Usłyszeć trzy takty śmierci zanim
Poprosi nas do tańca.

Strażniku duszy,
Oddal od nas wszystkich, którym życie jest obojętne,
W których lotem spłoszonego ptaka wygasły uczucia.
Oddal od tych, którzy wypijają z nas soki życia
I trawią nas jak ogień.

Strażniku duszy,
Ocal w nas Słowo bez piętna kłamliwych znaczeń,
Uchroń myśli przed zapomnieniem
I pustką, co wybrzmiewa echem.

Strażniku duszy,
Zachowaj nasz ogród przed chwastami obłudy,
Uchroń przed trucizną niespełnionych obietnic

I chroń nasz Czas,
By nie nadeszła jeszcze nasza Godzina Śmierci.

.

2007-07-24

Maja naga

.

Francisco Goya na przełomie XVIII-ego i XIX-ego wieku namalował dwa portrety tej samej kobiety. Ta kobieta nosiła imię Maja. Przynajmniej z takim imieniem przeszła do historii.

Pierwszy obraz był jej aktem. Modelka zwrócona przodem w kierunku widza, z rękoma założonymi za głowę, odsłaniała całe swoje nagie ciało. Linia nóg przeistaczała się w krągłe biodra, wąską talię, by w końcu sięgnąć pełnych piersi. Trójkąt wzgórka łonowego, zarysowana delikatnie linia sięgająca pępka oraz linia między udami i nogami przypominają krzyż. Zastanawiałem się kiedyś, czy nie był to ukłon malarza w kierunku Świętego Oficjum, zakazującego w inkwizycyjnej Hiszpanii malowania aktów. Kobieta wpatruje się w widza, jej usta jakby miały ochotę uśmiechnąć się za chwilę; spojrzenie jest trochę prowokacyjne, chłodno oceniające patrzącego. Spoglądając na oblicze kobiety odnosi się wrażenie, że mężczyzna przed nią stojący będzie wystawiony na próbę, której może nie znieść. Albo na pokuszenie, któremu mógłby ulec.

Jakieś pięć lat później Goya maluje drugi obraz tej samej kobiety. Poza, którą przyjęła Maja jest identyczną z tą sprzed kilku lat. Tym razem jednak kobieta jest ubrana. Promieniuje bielą, chłodnym spokojem, choć jej policzki i usta wydają się być bardziej czerwone niż na pierwszym obrazie. Zarówno pierwsze jak i drugie płótno zostały wykonane na zamówienie Manuela Godoya, ówczesnego pierwszego ministra i kochanka królowej Marii Ludwiki. Ten człowiek posiadający sporą władzę pokazywał odwiedzającym go gościom pierwszy lub drugi obraz. Zapewne, w zależności od tego kim wspomniani goście byli i ich stopnia umiłowania dla sztuki, co mogło być w każdej chwili potępione przez Kościół.

Za samo patrzenie można zostać spalonym na stosie.


Maja nie była czarownicą. Ani wiedźmą. Nie była inspiracją malarza podczas powstawania ryciny Kiedy rozum śpi, budzą się upiory. Do dzisiaj dokładnie nie wiadomo kim była owa uwieczniona przez portrecistę piękność. Być może była księżniczką, o czym mogłyby świadczyć choćby noszone przez nią ciżemki. Być może została tak ubrana specjalnie. Nikt dzisiaj nie może dokładnie stwierdzić kim była naprawdę.

Była piękną kobietą. W języku hiszpańskim maja znaczy właśnie piękna. Słowo określało również kobiety z nizin społecznych. Czy Maja mogła być więc piękną, czarnowłosą Cyganką?

Czas przyspiesza. Mijają dwa stulecia. Z prędkością światła. Malowanie aktu zajmuje trzy tygodnie. Zrobienie zdjęcia cyfrowym aparatem fotograficznym zajmuje trzy sekundy. Wprowadzenie zdjęcia do komputera i wstępna obróbka - trzy minuty.

- Zrób mi zdjęcie - powiedziała rozpinając bluzkę i zdejmując biustonosz - przygotuj aparat. Chcę, byś mnie uwiecznił. Za pięć lat mogę być brzydka i schorowana. Moja skóra będzie sucha a oczy podkrążone. Będę miała obwisłe piersi i trzy fałdki na brzuchu.
Patrzę na nią. Podoba mi się. Wygląda na dojrzałą kobietę, chociaż jest ode mnie dużo młodsza. Ma kręcone, czarne włosy i spojrzenie Mai z obrazu Goyi. Kładzie się na skórzanej sofie. Intuicyjnie mówię jej, by ułożyła głowę na dłoniach i delikatnie przechyliła ją w moją stronę.
- Podobają ci się moje piersi?
Kiwnąłem potakująco głową. Zmierzyłem natężenie światła i przestawiłem przesłonę w aparacie.
- Chciałbyś ich dotknąć?
Zastanawiałem się przez chwilę, czy Goya dotykał piersi modelki sprzed dwustu lat i czy Maja zadała mu podobne pytanie.
- Jestem fotografem, - odparłem - miałem zrobić Ci portret. Nie myślałem, że będę cię fotografować nagą.
- Jesteś przede wszystkim mężczyzną - odparła wpatrując się we mnie, jakby czekając na jakąś gwałtowną reakcję z mojej strony.

Migawka aparatu wyzwalała kolejne flesze lamp błyskowych.

- Jeszcze raz - usłyszałem. Rozchyliła delikatnie nogi. Wpatrywałem się w nią przez ciekłokrystaliczny wyświetlacz aparatu. Płynnym zoomem wykonałem zbliżenie. Łatwiej było mi patrzeć na nią w ten sposób niż bezpośrednio. Obserwowała mnie. Wiedziałem o tym. Obawiałem się jednak, że jeśli nasze spojrzenia spotkają się, to nie wytrzymam jej wzroku. Czułem się jak malarz wpatrujący się przez większość czasu w płótno nakładając na nim kolejne warstwy farby. Jak portrecista, chłonący wszystkie szczegóły ciała ułożonej wygodnie na kanapie modelki, której nie chce zaglądać w oczy.

- Nie znałam cię takiego, - wyczułem odrobinę ironii w jej głosie - czasy inkwizycji skończyły się. Chyba nie obawiasz się potępienia za zrobienie paru zdjęć nagiej kobiecie? Chciałabym, abyś pstryknął jeszcze kilka fotek w takiej samej pozycji, ale jak już będę ubrana. Mogłabym je wtedy pokazywać znajomym. Tym bliższym te bardziej odważne... - zaczęła się śmiać.
- Zrobię ci więcej odbitek. Będziesz mogła nawet ofiarować komuś na pamiątkę - odparłem starając się, aby moje żartowanie było tak samo naturalne jak jej.

Ubrała się w luźne białe spodnie i białą bluzkę z dużym wycięciem. Talię przewiązała czerwoną chustą, którą można by zarzucić na ramiona w wietrzny dzień. Zamiast tego na jej ramionach znalazła się rozpinana bluzeczka z jesiennymi liśćmi. Na stopy założyła złote czółenka. Poprawiła włosy i wsunęła dłonie pod głowę.

- A może to drugie zdjęcie powinno być zrobione za parę lat? - zapytałem unosząc się zza aparatu.
- Za parę lat, to będę mogła robić tylko ubierane zdjęcia, - odpowiedziała marszcząc brwi - a kto wtedy będzie chciał mnie oglądać? Już teraz niektórzy nie dają się skusić - ponawiała nawiązanie flirtu.

Wykonałem kilkanaście zdjęć. Patrzyłem na modelkę z rosnącym podnieceniem. Nie mogłem opanować w sobie przechodzących przez ciało fal ciepła. Co rusz napotykałem na jej wzrok. Nie mogłem przed nim uciec. Coraz mniej chciałem przed nim uciekać. W końcu spojrzałem w jej brązowe oczy. Lśniły od zawieszonych pod sufitem reflektorów.

- Przyjdź wreszcie do mnie... - powiedziała półgłosem.

I po raz pierwszy tego wieczoru wyciągnęła do mnie swoje ręce.

.

2007-07-15

Niedzielnie

.

Przeglądam notatki i zapiski sprzed dziesięciu lat. Natrafiam na słowa, które pojawiają się u innych. Rozpoznaję swoje myśli na blogach opisujących miłość.


* * *

Któregoś dnia, po prostu wejdziesz w moje życie.
Bo ja będę czekała. Bo warto jest czekać na Ciebie.
Całe życie uczyłam się być dla Ciebie.

Wszystko, przez co przeszłam – było dla Ciebie. Ten ból zdrady, ta namiastka miłości... I to tęsknienie, i wspomnienia, przez które przestałam śnić...

Dostaniesz nieskończenie wiele. Więcej niż mógłbyś chcieć i oczekiwać. A może właśnie marzysz o tym teraz, gdzieś tam, gdzie jesteś? Czy wiesz, że czekam na Ciebie? Całe życie czekałam.

Jest we mnie ocean miłości. Niewykorzystana czułość i wierność. Słowa, których jeszcze nie zdążyłam wypowiedzieć. Które chcę powiedzieć Tobie. Tylko Tobie. I będzie wśród nich „Zawsze” i „Nigdy”. „Zawsze będę z Tobą” i „Nigdy Cię nie opuszczę.” I chociaż jest we mnie tak wiele strachu, że zechcesz odejść, że któregoś dnia mogę Cię po prostu stracić, to pozostanę przy Tobie. Będę spinką u mankietu Twojej koszuli. Guzikiem, który zapinasz w pośpiechu. Ręcznikiem, w który wycierasz twarz. Kartką papieru, na której będziesz zapisywać kolejne historie...

A Ty przyjdziesz któregoś dnia i po prostu obejmiesz mnie. Przytulisz. I już nie wypuścisz z ramion. A ja będę chciała w nich pozostać. W schronieniu Twojego dotyku i ciepła słów, które do mnie wypowiesz.

I nie pozwolisz mi odejść. Powiesz: Odnalazłaś mnie. Nie szukaj dalej. Nie pozwolisz mi uciec, nawet gdybym mówiła przez łzy: I tak nic z tego nie wyjdzie.

Nie poczuję się już nigdy więcej sama. Samotność będzie fotografią wciśniętą w album porzucony niedbale na strychu domu, w którym nikt nie mieszka od lat.

I chociaż będę stała w oknie, za firanką, patrząc jak wracasz do... to będę żyła myślą, że powrócisz. Bo będziesz wracać. Będziesz tego chciał. I ja będę tego chciała.

A jeśli kiedykolwiek miałabym dokądś odchodzić a potem wracać - to od Ciebie do Ciebie.

I któregoś dnia nie będziesz mnie musiał przekonywać, że Miłość istnieje. Bo miłość, w którą przestałeś niegdyś wierzyć była inna. Była jedynie preludium do uwertury naszego uczucia. Bo miłość, w którą przestałam wierzyć ja – była inna. To były jedynie dwa takty, uderzenia batuty dyrygenta zanim ktokolwiek z orkiestry rozpoczął prawdziwie grać.




(Ilustracja: Amellia > www.)

.

2007-07-13

W piątek, 13-ego

.

Od piątków, 13-ego bardziej katastroficzne bywają czwartki, 12-ego. Albo środy, 11-ego.

Dzisiaj pogrzeb o 13-ej.

W środę umarł człowiek, który nigdy na nic nie chorował.
Był lekarzem. Po prostu, zasnął a rano nie mogła go dobudzić żona.

Ani żadne z 2-letnich bliźniaków. Ani to 2-miesięczne maleństwo, które płakało w łóżeczku.

Wyglądał jakby wciąż spał. Jak Śpiący w kotlinie. Przykryty szczelnie kołdrą. Jakby zamyślił się na wieczność. Może tylko trochę bardziej ściągnął brwi i już nie uśmiechał się przez sen jak dawniej. I palce jego dłoni zacisnęły się nieco mocniej niż zazwyczaj.

Kto skusił go we śnie, by tam pozostał?
Czyje światło przeciągnęło go na swoją stronę?
Czyja Miłość objęła go tak czule?

Czyje ciepło otuliło jego duszę?
Bo chyba nie Twoje, Panie Boże, jeśli pozostawiasz tę rodzinę w oceanie smutku?


* * *

12-ego w czwartek zaczyna nagle brakować słów. Chęć rozmowy jest tak silna, że każda przeczytana literka wznosi moje powieki a źrenice chcą zaczerpnąć więcej światła.

Dobrze.
Tak wbrzmiewa we mnie to słowo. Jest lotem trzmiela. Powietrzem uchodzącym z balonu. Jest dla mnie obietnicą, która nie zostanie dotrzymana.

Jest również siłą hartującą moje czekanie.
Otrzeźwieniem.
Przypomnieniem, że wchodząc do labiryntu dobrze jest mieć przewodnika. Jakąś nić, którą można w każdej chwili zwinąć w kłębek; na tyle silną, by nie przerwały jej ostre ściany niekończących się korytarzy. Przypomnieniem, że wchodząc do lasu nie zawsze można przytulać się do drzew. Nawet w poszukiwaniu mchu wypatrującego północnej gwiazdy. I że skrzypienie ich zmęczonych suszą artretycznie powyginanych gałęzi nie zawsze jest odpowiedzią na zadawane pytania.


* * *


Znalazłem kamień rozdzielony na 3 części.
A może ten kamień odnalazł mnie?
Jesteśmy wnętrzem jego skamieniałych dłoni.
Trzecim okiem zatracającym zdolność akomodacji; rozdzielonym na 3 uzupełniające się przestrzenie, powierzchnie i owalne krawędzie. Jesteśmy wytrawionymi brzytwą czasu paskami życia przeistoczonego w kamień.


* * *

Rozbrzmiewają we mnie grudki słów.
Jak garść wilgotnego, gruboziarnistego piasku uderzającego wygłuszonym dudnieniem w trumienne wieko, pod którym ukryto uśpionego człowieka.

.

2007-07-09

Odległości

.

Możesz mieszkać na innym kontynencie a jednocześnie być blisko.
Bliżej niż gdybyś była w pokoju obok.
Możesz wyjechać trzy tysiące kilometrów dalej i być blisko.
Tak blisko, byś nie musiała mi się więcej śnić.

Mieliśmy rozmawiać, pamiętasz?

Ten dom, który budujemy ze Słów, składa się z przedsionka Milczenia, długiego korytarza Emocji i salonu Myśli. Powinniśmy zadaszyć go Wspomnieniami. Pomalować ściany w pokojach kolorem Czekania i Nadziei. A w kuchni ustawić wyciosany do Rozmowy stół.

Jesteś poza ścianą Ciszy. Nieuchwytna jak drozd umykający przed obiektywem aparatu fotograficznego. I już, przemykasz gdzieś w jego zasięgu, siadasz, na chwilę, by w sekundę później, spłoszona, umknąć przed zoomem fokusa.

Są chwile, gdy słyszę Twój głos, ale nie wiem skąd do mnie dochodzi.

Drży jak listki drzewa, w którego konarach skrył się niedostępny dla oczu ptak. Jest drżącym głosem Ordonki z lat 30-tych, rozlegającym się z gramofonowej płyty. Przywołuje miniony czas. Przyspiesza rytm serca i otwiera zastawki dźwięków.

Zatańczymy?

"Już lustra dźwięk walca powoli obraca
I świecznik kołując odpływa w głąb sal.
I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza,
Sto luster odbija snujący się bal."*

Niech ten taniec uniesie nas stąd. Nie zatrzymuj się; w tych lustrach pojawimy się ledwie, muśnie nas kryształ, nie powstrzyma czas a świateł żyrandoli ogarnie nas brylantowy blask.



* fragm. wiersza "Walc" Czesława Miłosza

.

2007-07-04

Pożegnanie

.

Powinienem zniknąć. Po prostu zniknąć. Przestać istnieć. Pozwolić innym cieszyć się szczęściem, którego sam nigdy nie zaznam. Szczęściem, które jest przyczyną mojego poczucia jego braku.

Są we mnie chwile samotności nadchodzące w najmniej spodziewanych chwilach. Jak zaraza, dżuma, z której nie można się wyleczyć.

Jestem na jakimś spotkaniu. Wokół trzydzieści osób. Mówię coś. I nagle, gdy napotykam czyjeś spojrzenie - to się staje. Myślę sobie
Oni zaraz pójdą, niektórych nigdy już więcej nie spotkam. Patrzą na mnie. O niczym nie wiedzą. Nikt niczego się nie domyśla.

Być samotnikiem tęskniącym za pustelnią.

Jeśli moje życie ma składać się tylko z czekania i tęsknoty, to czy wystarczą one, by płuca wciąż mogły oddychać a serce tłoczyć krew?

Jestem niepotrzebnie wyśnionym snem. Nieodebraną przesyłką na poczcie. Źle zaadresowanym listem. Niepotrzebnie przeczytanym Słowem.

Jestem złamaną Obietnicą. Czekiem bez pokrycia.*


*
Niepotrzebne skreślić.

.

2007-07-03

Operacja

.

M. ma dzisiaj operację.
Nie chce o tym rozmawiać.
Początkowo odrzuca empatię i chęć przesłania dobrych fluidów.

Wiem, co czuje.

Dzisiaj nasze myśli rozmijają się.
Sens zdań jest inny niż zamierzony.
Rozmijamy się.
Mówimy co innego będąc gdzie indziej.

Cisza? Światła?

Czyja cisza? Czyje światła?

A może lepiej zamilknąć? Przetrwać. Być. Po prostu być. Wypełnić umysł zajęciem. Zjeść kolację, zapomnieć o sobotnim sms'ie z krwotokiem, wymiotami i z płaczem. Zapomnieć o odbieraniu ludzkiej, kobiecej godności.

Pomyśleć: za pewien czas będzie zwyczajnie lepiej.
Inaczej.
Bez pustki, bez samotności i bez tęsknienia.

Będzie po prostu obecność.

Obecność.

.

2007-07-02

Wino

.

Winnice Beaujolais w zachodzie słońca. Jest niebo bursztynowe i bursztynowe szczepy winne. Jest też bursztynowa mgła unosząca się delikatnie na zboczach i nad pobliskimi łąkami. I jeszcze wino, w barwach szkarłatu przeradzającego się w ciemną, karminową czerwień, w której zastygło uwięzione światło.

I piję właśnie to wino. Smakuję ustami, językiem, dotykam nim podniebienia. Wino pulsuje we mnie. Uderza do głowy, przyspiesza rytm serca i wzmacnia krążenie. In vino veritas...

Chciałbym, abyś skosztowała tej winnej prawdy. Ze mną.

.

Pasek autostrady zdaje się nie mieć końca.

Wracam do domu mając poczucie, że nikt na mnie nie czeka. Nie śpieszę się, chociaż chcę uciec przed deszczem. Czytam kolejne tablice informujące o mijanych kilometrach i trzypasmowych korkach. Tankuję paliwo, czytam nagłówki gazet w języku, którego nie znam. Zjadam kolejną porcję cholesterolu.
Smakuje jak diabli.
A potem wdycham dym papierosów siedzących obok nastolatków, których głośny śmiech rozsadza mi czaszkę.

Nie czuję smutku. Staram zrozumieć się grę słów, która zewsząd do mnie dobiega. Wielojęzykowy tłum brzmi jak brzęczenie pszczół spotykających się przy kawie słodzonej miodem.
Mój wzrok napotyka na wiele spojrzeń. Czuję, że jedno z nich pozostaje na mnie trochę dłużej.

Ma może dwadzieścia pięć, może dwadzieścia siedem lat. Pije kawę i je sandwicza. Spogląda na mnie z zaciekawieniem. Uśmiecha się delikatnie. Wytrzymuje moje spojrzenie. Po chwili kiwa zapraszająco głową i wskazuje dłonią puste krzesło naprzeciwko niej.

Przysiadam się. Siadam na przeciw. Uśmiecham się. Rozmawiamy ze sobą. Ale w różnych językach. Czynimy różne gesty. Wskazuję na filiżankę kawy. Ona pokazuje na cukier.

Rozmawiamy ze sobą gestami. Śmiejemy się serdecznie. Takie dziwne spotkanie. Niemka i Polak. Za chwilę wrócimy do swoich miejsc w życiu. Teraz tworzymy jakiś bliżej nieokreślony świat. Zamknięty w tej chwili właśnie. W garści cukru. Pod powieką oka.

Jesteśmy przestrzenią. Jej fragmentem. Przeszłością, o której nie będziemy pamiętać miesiąc później.

.

Kiedy znowu siedzę za kierownicą, przypominam sobie kolację sprzed paru lat. Jedliśmy Sałatkę Cezara i piliśmy czerwone, chilijskie wino. A potem jakieś białe, portugalskie. Z każdym wypijanym kieliszkiem rosły w nas słowa. Czasem język mylił poszczególne sylaby i wychodziły z tego zabawne skojarzenia. Pamiętam jak się śmiałaś i patrzyłaś na mnie przymrużając oczy. Jak wysunęłaś dłoń w moim kierunku a palcami chciałaś schwytać światło palącej się świecy.

Pamiętam blask Twoich oczu i chwile milczenia, gdy wpatrywaliśmy się w siebie. Bez zachłanności, ale z pożądaniem przejścia przez kolejne drzwi bliskości.

.

2007-06-28

Dla siebie i w sobie

.


Wystarczy wypowiedzieć życzenie. Głośno i z odrobiną nadziei. Rzeczy dzieją się naprawdę. Cały świat pomaga. I te niewidzialne, przychylne nam duchy, z którymi rozmawiamy w myślach.

Setki kilometrów zamieniają się nagle w czuły dotyk dłoni. Długi pocałunek w szyję.
Wczesny świt i podróż stają się wieczorną bliskością. Nocną głębią.
Nasyceniem i wypełnieniem. Boskim zmęczeniem. Wypitym lodem wódki.

Jestem tutaj dla Ciebie i z Tobą.
Nie myślę o nikim innym.
Czuję, że Jesteś Moją Kobietą.
Należę do Ciebie a Ty należysz do mnie.
Nie Jesteś pojedyncza.
Jesteś mną a ja jestem Tobą.
Jestem w Tobie i Tobą oddycham.
Słucham Twoich słów.

Celebruję Twoje ciało.

Kiedy zmęczona opada na pościel patrzę na jej rzęsy - motyle łagodnie chroniące Jej oczy. Słyszę przyspieszony oddech. Czuję Jej zapach. Początek lata i ta jedna z najdłuższych nocy w roku będą przywoływane tym zapachem.

Zdarzyć się mogło. Zdarzyć się musiało.

Nie myślę o jutrze. Jutro nigdy nie nadejdzie. To tylko kolejna chwila. A my przecież zatrzymaliśmy czas. Nie masz wrażenia, że właśnie wyszliśmy tylko na chwilę z tego pokoju, by wrócić tu po kolacji? Czyż nie przechodziliśmy tą samą ulicą przed godziną? Czy to lustro jest bardziej zakurzone niż...

Pętla czasu. Ósemka.
Znaleźliśmy się w splocie mojej ulubionej cyfry.
Ponowne wejście na orbitę zajmie tylko jedną kwartę księżyca.

Jesteśmy wstęgą Möbiusa.
Jednostronną, bezbrzeżną powierzchnią, na której zagościło światło dnia i mrok nocy.

.

2007-06-22

Pożądanie

.

23:39

Chciałabym się dzisiaj z Tobą kochać. Żebyś mnie otworzył. Żebyś rozerwał te kleszcze, tę sieć pajęczą w mojej głowie, w moim ciele, to co ucieka nawet ode mnie samej. Nazwij mnie i przeoblecz sobą. Pisz moim ciałem wiersze. Mów! Chociaż przez chwilę chcę czuć, że ktoś mnie sobą wypełnia. Że zamiast wiatru są Twoje usta. Chcę mieć palce pełne Ciebie. Chcę mieć usta chore Tobą dzisiejszej nocy i brzuch świecący Twoim nasieniem. Chcę się schować w Twoich łopatkach. Ukryć się. Zamknąć w dłoni. Chce się zmieszać z potem i śliną. Chcę obudzić się złamana. Chcę pachnieć. I wiedzieć, że wylałam, wylałeś swój ból, tęsknotę, porwane fotografie. Chcę obudzić się i czuć, że tej nocy nie byłam pojedyncza. Ze mój cień się rozdwoił.

Otworzę Cię któregoś dnia.
Przesłonię przeszłość, spalę fotografie.
Twoją skórę naznaczę tatuażem mojego ciała.
I w cierniu Twojego bólu głęboko się zanurzę.
Wyrwę korzenie chwastów cykuty codzienności, by Twój sen stał się morskim przypływem i pełnią księżyca.

Dziś ciągle myślę o Twoich nocnych słowach. Trafiłaś nimi głębiej niż ktokolwiek. Doszłaś we mnie dalej niż jakakolwiek inna kobieta. Każde z Twoich słów dźwięczy i przenika mnie. Naznaczyłaś mnie nimi, Szamanko... Języki ognia liżą moją skórę a woda chlusta w ogorzałą twarz. Zostałem przypisany Tobie, znaczysz mój los palcem; hieroglifem zapisanym w powietrzu.

.

2007-06-21

Utrata głosu

.

Są takie dni, gdy tracę głos. Grzęźnie gdzieś w krtani, zduszony wysiłkiem całego dnia.
Dzisiaj jest pierwszy dzień lata. Astronomicznego. Maki przekwitają. Zasuszony płatek w moim notesie stracił kolor.

Zapalenie krtani. Znowu? Niestety. Jak pan nie będzie oszczędzał głosu, to dostanie pan kiedyś raka. Albo jakieś inne paskudztwo.

Czy daty mają jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Nie mogę sobie przypomnieć daty narodzin. Nigdy jej nie pamiętałem. Nigdy nie mogłem sobie uświadomić, że narodziłem się. Że ten punkt zwrotny, którego twórcami było dwoje ludzi mnie poczynających miał swoje miejsce. Zaznaczył się moim pierwszym krzykiem na osi czasu.

Nie mogę sobie przypomnieć dzieciństwa. Tak bardzo chciałem je zapomnieć, aż w końcu udało się. Pamiętam jedynie mój głos, ukryty w gardle - czarnej dziurze kataleptycznie wchłaniającej mój dziecięcy strach. Dławiony obolałym językiem, który przygryzałem zębami.

I chociaż tracę głos, to nie tracę moich słów.
Zawsze mieszkały we mnie.
Przychodzą z duchami przodków, których nigdy nie poznałem i nie poznam. Chociaż mijam codziennie ich krewnych. Na ulicach, w autobusie, restauracji i księgarni.

Te słowa, które zapisuję wyrastają we mnie. Jak korzenie. Wchodzą głęboko w materię ziemi, przechodząc przez pokłady wypełnione próchniczną warstwą milczenia, by dotrzeć do życiodajnej wody rodzącej pierwotne sylaby i głoski myśli.
Ale są we mnie również słowa wydostające się nad powierzchnię, wznoszące się wysoko, których nie mogę dosięgnąć wzrokiem, zasłonięte przez koronę drzewa, którego jestem pniem.


.

2007-06-17

Latarnia

.


.


Ciemny pokój. Noc.

Nasze przywykłe dotąd do samotności dłonie odkrywają kolejne stopnie pragnienia. Odnajdują kolejne sekrety ciał otulonych bursztynową mgłą. Opuszkami palców gładzę jej piersi, pieszczę delikatnie twarz, całuję policzki, wciągam do nosa zapach jej włosów, szeptem komponuję muzykę pożądania; sonatę zmysłowej miłości, o której istnieniu chciałem kiedyś zapomnieć.


- Opowiedz mi coś... – słyszę jej głos – mów do mnie... chcę, byś do mnie mówił, pragnę słyszeć twój głos...


Opowiadam więc słyszalnym jedynie przez nią szeptem wtapiając się w cykanie świerszczy i pomruk przejeżdżającego w oddali samochodu:


- Czasem czuję się jakbym mieszkał w starej, wysokiej wieży przypominającej morską latarnię. Poruszam się jak we śnie. Moje nogi brną przez wysoką wodę. Stawiam wolno krok za krokiem myśląc o minionej przeszłości i wspominając chwile szczęścia. I wchodzę do wieży. Pokonuję kręte schody. Każdy stopień przywołuje jakąś myśl.
Moje myśli to niekończący się potok słów. Podchodzę do jednego z dwóch okien i widzę wzburzone morze. Spienione fale ze wściekłością uderzają o skalisty brzeg. Nadchodzi sztorm. Dobiega mnie rozpaczliwy wrzask zabłąkanej mewy, szukającej schronienia. Podchodzę do drugiego okna. I oto moim oczom ukazują się gorące piaski niezmierzonej pustyni. Piaski i niekończące się wydmy. Gdzieś w oddali majaczy jezioro, do którego nie sposób dotrzeć, gdyż zanika w drgającym, rozgrzanym powietrzu skwarnego dnia. Siadam na krześle. Zatapiam głowę w dłoniach i zastanawiam się: czy to ja śnię, czy może ja jestem śniony przez kogoś? Czy mój sen skończy się nagle i obudzę się w zupełnie innym świecie? Czy ktoś wyśni mnie do końca a potem zapadnie ciemność, o której istnieniu nawet nie będę wiedział... bo jak można wiedzieć o czymś, jeśli mnie nie ma?


.

2007-06-15

Miasto

.

Upalnie. 32 stopnie. W słońcu o wiele więcej.
Przechodzę zatłoczonymi ulicami miasta. Czekam na zielone światło.
Omijam hamujące w ostatniej chwili samochody.

Czuję zapachy miasta.
Perfumy kobiet.
Wody toaletowe mężczyzn.
Zapach dziecka siedzącego w wózku.
Powiew ciepłego popcornu.
Woń elektrycznego napięcia.
Duszny chłód obskurnej kamienicy.
Smród pobliskich kubłów na śmieci, wokół których krążą leniwie muchy.
Betonowe ciepło przenikające przez podeszwę sandałów.
Drżenie chodnika pobudzone przetaczającym się tramwajem.

Czuję ducha czasu płynącego gwarnym potokiem słów.
W tych ludziach, przechodniach, bezimiennych postaciach o znajomych twarzach.
W samym sercu mrowiska. W pulsującej arterii miasta.
W industrialnym zgiełku przestrzeni i dysonansie hałaśliwej kakofonii życia.

Zamykam oczy, by owinąć się tym pulsującym szalem wzmagającym upał.

Jestem elementem miasta. Pierwiastkiem życia. Mrówką czekającą na rozgniecenie, tramwajową szyną stawiającą opór, szarą płytą chodnika, zmurszałym dachem, brudnym oknem wystawowym, obślinionym bankomatem, pożółkłą księgarnią, drzewem wdychającym spaliny, ławką, na której usiadły wróble i gołębie.

Jestem elementem miasta, które pokochałem.
Miasta, którego teraz nienawidzę.


.

2007-06-14

Przed wykładem

.

Jestem na parę minut przed spotkaniem z młodymi ludźmi.
Przyjdą na mój wykład.
Mam im opowiedzieć czym jest Miłość.
Opowiem im czym mogłaby być.
Albo czym chciałbym, żeby była dla mnie.
Opowiem jaka była. Jaka jest.

Opowiem o czekaniu, samotnym świcie i bezsilności.
O miejskim tramwaju i spojrzeniach przechodniów.
O kosmyku włosów, który przypadkowo musnął policzek.

Opowiem o suficie, na którym tańczą cienie.
O światłach nocnego miasta.
O balkonie, gdzie staliśmy.
I oknach pobliskich mieszkań, w których jedzono kolację lub brano dzieci na kolana.

Opowiem o krześle, na którym siadała. O sposobie, w jaki pochylała się, zakładała jedną nogę na drugą, jak patrzyła na mnie.

O zapachu, który jest na moich palcach.
I krwi za paznokciami.

Przyjdą, a ja opowiem im o jej plecach. O masowaniu skroni obolałej głowy, muskaniu potylicy, pieszczeniu szyi i rozluźnianiu karku.
O dotykaniu rąk.

Opowiem o Naszych Słowach, które goreją we mnie i przychodzą w każdej chwili dnia.

A może to oni opowiedzą mi o Miłości? Może będą wiedzieć więcej ode mnie?
Może role się odwrócą? Ta dziewczyna, która usiądzie w czwartym rzędzie; czy nie zechce opowiedzieć mi o ziszczeniu marzeń i o tym jak postanowiła uciec przed przeznaczeniem? Albo ten młodzieniec wyglądający na spokojną osobę; nie opowie o burzy w jego myślach, o statku wpadającym w sztorm uczucia targającego ze wszystkich stron jego losem? Albo ta kobieta siedząca z przodu; czy nie powie, że oddycha miłością każdego dnia, gdyż odnalazła swoją połówkę jabłka, chociaż do końca nie jest pewna, czy to nie On odnalazł ją właśnie? Czy sprzątaczka przychodząca po zajęciach, na której twarzy zawsze widoczny jest uśmiech i ujmująca mnie dobroć - czyż ona nie wie więcej o Miłości?

A może wiedzą więcej ode mnie?

Przychodzą pierwsze osoby.
Mówią: Dzień dobry, Ale dzisiaj parno, Chyba wieczorem będzie jakaś burza.

To będzie dobry dzień odpowiadam.

I wyciągam notatki. Z szufladek mojego serca.


.

2007-06-08

Zaufanie

.

Zaufanie.

Zaczyna się od słów.
"Będę 15 minut później."
"Nie mogę z tobą teraz rozmawiać, zadzwoń za chwilę."
"Nic mi się dzisiaj w nocy nie śniło."
"Tak jest lepiej."

Czy jest na tym świecie chociaż jedna osoba, której mógłbym ślepo zaufać?
Czy jest na tym świecie chociaż jedna osoba, która mogłaby ślepo zaufać MI?

Brnie w gesty.
"Coś mi wpadło do oka."
"Dlaczego tego jeszcze nie zrobiłeś?"
"Kocham cię, ale jak ci mam to okazać?"

Moja podejrzliwość któregoś dnia okazuje się uzasadniona. Nic wtedy nie dźwięczy czyściej niż dźwięk upadających na marmurową posadzkę sztućców.

Czy kochać to znaczy ufać? Czy jeśli przestajesz ufać, to znaczy, że przestajesz kochać? Czy słowa wypowiedzianej niegdyś przysięgi do czegokolwiek jeszcze obligują?

Paciorki słów w intencji mojego spokoju. I ślepoty.

"Kwiaty więdną. Na ich miejsce sadzi się nowe."

.

2007-06-07

Procesja słów

.

Jeśli spotkasz na swojej drodze Człowieka, to pamiętaj, że może Cię czegoś nauczyć i coś w Tobie zmienić. Każdy napotkany Człowiek pozostawi w Tobie odrobinę siebie.

Będziesz wspominać jego słowa, to jak na Ciebie patrzył i co potrafił w Tobie dostrzec. Kim był i kim jest dla Ciebie. Może to ostatnie najlepiej oddałby angielski czas nie mający odpowiednika w języku polskim: present perfect.

She has found me. She has been the one for me.

Pewne rzeczy mające miejsce w przeszłości istnieją wciąż w czasie teraźniejszym. I nie można ich wymazać. Choćby chciało się cofnąć taśmę, skasować dźwięk albo zniszczyć jego nośnik.

Być może prawda leży poza granicą słów. Ale nie dotrzesz do niej nie używając ich. To dlatego rozmowa zawsze będzie zbliżać, a milczenie - oddalać.

To dlatego potrzebujemy słów, by nie czuć, że milczenie i cisza przyspieszają nasz niebyt w sobie.

* * *

Ale są również słowa budzące przesyt. Których już nie chcę słyszeć. Są słowa wygłodzone i spragnione. Rodzone podczas szykowania śniadania i wypowiadane w porze obiadu. Pozostawiane na deser lub suto zakrapianą kolację.

Trafiające pod powieki i rezonujące w bębenku ucha. Przywoływane fragmentem usłyszanej piosenki, głośno wypowiedzianym zdaniem mijanego na ulicy przechodnia lub smakiem miętowej czekolady albo kawy cappuccino.


.

2007.o6.07 - Boże Ciało

.

2007-06-05

Zatrzymany czas

.


Zamykam oczy. Czas zatrzymał się w miejscu.
Gdzieś tam, po drugiej stronie, ten sam czas zatrzymał się również.

Wskazówki zegarka na jej dłoni przysnęły.
Rozmawia ze mną w myślach.
Czuję poszczególne samogłoski i sylaby. Rozplątuję wstążkę słów.

Maki. Pomarańczowa ścieżka środkiem pola.
Unoszące się delikatne mgły wypełniające świt.
Rozpływające się w przestrzeni rozpraszanej Światłem.

.

2007-06-04

Pierwszy, ale nie ostatni.

.

Nadszedł w końcu TEN dzień.

Zakładam pamiętnik myśli wynikających z głębi mojej duszy. Z potrzeby tej chwili właśnie.
Nie muszę patrzeć w lustro. Teraz wystarczą mi myśli, spisany w notatniku sms.
Muzyka, której dźwięki rozlegają się w pokoju, wypełnionym dotąd hałasem rozkrzyczanych dzieci.

Nadchodzi też i TA noc.

Noc samotności. Mimo, że najbliższa mi osoba będzie spała tuż obok. I będę się w nią wpatrywać aż po świt. Być może zasnę na chwilę, by śnić o światach odległych. O tym jakby mogło być. O trybie warunkowym i hipotetycznym.

Czy przyjdzie sen? Czy przyjdzie naprawdę?


..

2007-05-30

Full Moon

.
Księżyc prowadził mnie przez cały wieczór.
W objęciach chmur.
Czuję się jakbym zamieszkał na obrazie Friedrich'a.

...i oto jest noc jak kruk czarna
słodkim bzem pachnąca
w majowym deszczu skąpana...

.

2007-05-28

Konwalie

.


.

Byli tam oboje. Oboje przed wyznaczoną godziną spotkania. On 20 minut wcześniej. Rozglądał się w tłumie próbując rozpoznać jej twarz. Potem postanowił pospacerować uliczkami Starego Miasta, aby uspokoić swoje myśli przed niewiadomą. Kiedy odszedł, przyszła Ona. Było to o 15 minut wcześniej od wyznaczonej godziny spotkania. Rozglądała się w tłumie próbując rozpoznać jego twarz. Potem postanowiła pospacerować uliczkami Starego Miasta. Myśleli o sobie, o tym, że za pewien czas, chociaż wskazówki zegara zdawały się przysnąć, poznają się, usiądą naprzeciw siebie i zamienią kilka słów, które, być może, zmienią ich życie.

Wiesz, to jest taka chwila, w której mogłabym Ci oddać wszystko. I niczego nie prosić w zamian. Niczego nie oczekiwać. Chciałabym być po prostu Twoja. Być Twoją kobietą. Niczyją inną. Tylko Twoją. Być może za godzinę lub trzy będę Cię po prostu nienawidzić. Ale to będzie za tę cholerną godzinę lub jej dwie bliźniacze siostry. Teraz chcę po prostu patrzeć w Twoje oczy. Poczuć Twoje dłonie na mojej twarzy. Jak głaszczą moje policzki. Jak Twoje palce wtapiają się w moje włosy.
To jest taka chwila, w której mogłabym się w Tobie zatracić. W której cała przeszłość jest nic nieznaczącym ziarnkiem piasku, co dostało się do oka i wypłynęło łzą, którą osuszysz ustami.
Jeszcze miesiąc temu nie sądziłam, że istnieje ktoś taki. Że powiem Ci to, o czym myślę. I że nie będę się martwiła o własne słowa. Bo chcę Ci je powiedzieć jak nikomu innemu. I patrzeć Ci przy tym prosto w oczy. Przejrzeć się nich i dostrzec, jaką jestem naprawdę.

Wiesz, to jest taka chwila, w której mógłbym Ci oddać wszystko i niczego nie prosić w zamian. Niczego nie oczekiwać, a może jednak oczekiwać, że zabierzesz mnie na Twoją bezludną wyspę, na której nie będzie nikogo prócz nas. I będzie to miejsce, w którym nikt nie pozna ani Ciebie ani mnie. Być może za godzinę lub trzy będę Cię po prostu nienawidzić. Ale to będzie za tę cholerną godzinę lub jej dwie bliźniacze siostry. Teraz chcę po prostu patrzeć w Twoje oczy. Objąć dłońmi Twoją twarz. Głaskać Twoje policzki, wtopić moje palce w Twoje włosy.
To jest taka chwila, w której mógłbym się w Tobie zatracić. W której cała przeszłość wydaje się pyłem na skrzydłach ćmy. Jeszcze miesiąc temu nie sądziłem, że istnieje ktoś taki. Przecież ja Ciebie wymyśliłem. Powstałaś z moich słów, z moich snów i z marzeń, które zabijałem w sobie przez wiele lat. I zanim przyszłaś zapomniałem o Tobie. A teraz odświeżyłaś wszystkie wspomnienia. I wiesz, nadeszła najszczęśliwsza chwila mojego życia. Cokolwiek stanie się za jakiś czas, ktokolwiek będzie z Tobą i z kimkolwiek będziesz Ty. Wiem jednak, że pozostaniesz na zawsze; jeśli nie w tym świecie, to w którymś z do niego podobnych. Powiem Ci, o czym myślę. I nie będę się martwił o własne słowa, Bo chcę Ci je powiedzieć jak nikomu innemu. I patrzeć Ci przy tym prosto w oczy. Przejrzeć się w nich i dostrzec, jaki jestem naprawdę.

Kupiła mu bukiecik konwalii nie wiedząc, że On zrobił to samo dla Niej. Dlaczego spośród wszystkich kwiatów wybrali akurat te? Czy sprawiły to stojące na chodniku przypadkowe kwiaciarki? Czy przyczyną była biel kwiatów komponująca się z rozchylonymi świeżą zielenią liśćmi? Przecież równie dobrze mógłby być to bez, którym pachnie jej skóra. Albo róże. Albo tulipany. Albo może maki zaczerwieniające podmiejskie łąki. Wybrali jednak konwalie.

Teraz cały świat pachnie konwalią.

.