2007-07-30

Strażnik duszy

.

Marnujemy życie, ale nie marnujmy czasu.
Nie stójmy w miejscu, gdy czas prze wciąż naprzód.


Odczytuję Twoje myśli; Ty znasz moje.
W naszym języku tworzymy nowe znaczenia.
Zaglądasz do moich myśli poprzez skurcz w żołądku i głos uwięziony w krtani.
Każde wypowiedziane słowo nie jest pustym dźwiękiem powielanym przez echo.

Szalony taniec śmierci może porwać nas w każdej chwili.

Ten rozpędzony na motorze dwudziestolatek nie zdaje sobie z niczego sprawy. Myśli o wskazówce sięgającej czerwonego pola. Ta dziewczyna obejmująca go wpół myśli tylko o ścianie wiatru i o tym jak będą się kochać w lesie. Czy domyśla się, że drzewa nie będą się więcej pochylać nad nimi?

Czy ta kobieta, która przystanęła na czerwonym świetle, przeglądająca się we wstecznym lusterku i poprawiająca ślad szminki na ustach, czy potrafi przewidzieć ciężarówkę wyjeżdżającą nagle z kolein, którą spotka zaledwie pięć kilometrów za miastem?

Kto powiadomi mnie kiedy... ?

*

Strażniku duszy
Uchroń nas przed błędami ciała,
Pozwól oczom widzieć ścieżki jasne i proste,
Usłyszeć trzy takty śmierci zanim
Poprosi nas do tańca.

Strażniku duszy,
Oddal od nas wszystkich, którym życie jest obojętne,
W których lotem spłoszonego ptaka wygasły uczucia.
Oddal od tych, którzy wypijają z nas soki życia
I trawią nas jak ogień.

Strażniku duszy,
Ocal w nas Słowo bez piętna kłamliwych znaczeń,
Uchroń myśli przed zapomnieniem
I pustką, co wybrzmiewa echem.

Strażniku duszy,
Zachowaj nasz ogród przed chwastami obłudy,
Uchroń przed trucizną niespełnionych obietnic

I chroń nasz Czas,
By nie nadeszła jeszcze nasza Godzina Śmierci.

.

2007-07-24

Maja naga

.

Francisco Goya na przełomie XVIII-ego i XIX-ego wieku namalował dwa portrety tej samej kobiety. Ta kobieta nosiła imię Maja. Przynajmniej z takim imieniem przeszła do historii.

Pierwszy obraz był jej aktem. Modelka zwrócona przodem w kierunku widza, z rękoma założonymi za głowę, odsłaniała całe swoje nagie ciało. Linia nóg przeistaczała się w krągłe biodra, wąską talię, by w końcu sięgnąć pełnych piersi. Trójkąt wzgórka łonowego, zarysowana delikatnie linia sięgająca pępka oraz linia między udami i nogami przypominają krzyż. Zastanawiałem się kiedyś, czy nie był to ukłon malarza w kierunku Świętego Oficjum, zakazującego w inkwizycyjnej Hiszpanii malowania aktów. Kobieta wpatruje się w widza, jej usta jakby miały ochotę uśmiechnąć się za chwilę; spojrzenie jest trochę prowokacyjne, chłodno oceniające patrzącego. Spoglądając na oblicze kobiety odnosi się wrażenie, że mężczyzna przed nią stojący będzie wystawiony na próbę, której może nie znieść. Albo na pokuszenie, któremu mógłby ulec.

Jakieś pięć lat później Goya maluje drugi obraz tej samej kobiety. Poza, którą przyjęła Maja jest identyczną z tą sprzed kilku lat. Tym razem jednak kobieta jest ubrana. Promieniuje bielą, chłodnym spokojem, choć jej policzki i usta wydają się być bardziej czerwone niż na pierwszym obrazie. Zarówno pierwsze jak i drugie płótno zostały wykonane na zamówienie Manuela Godoya, ówczesnego pierwszego ministra i kochanka królowej Marii Ludwiki. Ten człowiek posiadający sporą władzę pokazywał odwiedzającym go gościom pierwszy lub drugi obraz. Zapewne, w zależności od tego kim wspomniani goście byli i ich stopnia umiłowania dla sztuki, co mogło być w każdej chwili potępione przez Kościół.

Za samo patrzenie można zostać spalonym na stosie.


Maja nie była czarownicą. Ani wiedźmą. Nie była inspiracją malarza podczas powstawania ryciny Kiedy rozum śpi, budzą się upiory. Do dzisiaj dokładnie nie wiadomo kim była owa uwieczniona przez portrecistę piękność. Być może była księżniczką, o czym mogłyby świadczyć choćby noszone przez nią ciżemki. Być może została tak ubrana specjalnie. Nikt dzisiaj nie może dokładnie stwierdzić kim była naprawdę.

Była piękną kobietą. W języku hiszpańskim maja znaczy właśnie piękna. Słowo określało również kobiety z nizin społecznych. Czy Maja mogła być więc piękną, czarnowłosą Cyganką?

Czas przyspiesza. Mijają dwa stulecia. Z prędkością światła. Malowanie aktu zajmuje trzy tygodnie. Zrobienie zdjęcia cyfrowym aparatem fotograficznym zajmuje trzy sekundy. Wprowadzenie zdjęcia do komputera i wstępna obróbka - trzy minuty.

- Zrób mi zdjęcie - powiedziała rozpinając bluzkę i zdejmując biustonosz - przygotuj aparat. Chcę, byś mnie uwiecznił. Za pięć lat mogę być brzydka i schorowana. Moja skóra będzie sucha a oczy podkrążone. Będę miała obwisłe piersi i trzy fałdki na brzuchu.
Patrzę na nią. Podoba mi się. Wygląda na dojrzałą kobietę, chociaż jest ode mnie dużo młodsza. Ma kręcone, czarne włosy i spojrzenie Mai z obrazu Goyi. Kładzie się na skórzanej sofie. Intuicyjnie mówię jej, by ułożyła głowę na dłoniach i delikatnie przechyliła ją w moją stronę.
- Podobają ci się moje piersi?
Kiwnąłem potakująco głową. Zmierzyłem natężenie światła i przestawiłem przesłonę w aparacie.
- Chciałbyś ich dotknąć?
Zastanawiałem się przez chwilę, czy Goya dotykał piersi modelki sprzed dwustu lat i czy Maja zadała mu podobne pytanie.
- Jestem fotografem, - odparłem - miałem zrobić Ci portret. Nie myślałem, że będę cię fotografować nagą.
- Jesteś przede wszystkim mężczyzną - odparła wpatrując się we mnie, jakby czekając na jakąś gwałtowną reakcję z mojej strony.

Migawka aparatu wyzwalała kolejne flesze lamp błyskowych.

- Jeszcze raz - usłyszałem. Rozchyliła delikatnie nogi. Wpatrywałem się w nią przez ciekłokrystaliczny wyświetlacz aparatu. Płynnym zoomem wykonałem zbliżenie. Łatwiej było mi patrzeć na nią w ten sposób niż bezpośrednio. Obserwowała mnie. Wiedziałem o tym. Obawiałem się jednak, że jeśli nasze spojrzenia spotkają się, to nie wytrzymam jej wzroku. Czułem się jak malarz wpatrujący się przez większość czasu w płótno nakładając na nim kolejne warstwy farby. Jak portrecista, chłonący wszystkie szczegóły ciała ułożonej wygodnie na kanapie modelki, której nie chce zaglądać w oczy.

- Nie znałam cię takiego, - wyczułem odrobinę ironii w jej głosie - czasy inkwizycji skończyły się. Chyba nie obawiasz się potępienia za zrobienie paru zdjęć nagiej kobiecie? Chciałabym, abyś pstryknął jeszcze kilka fotek w takiej samej pozycji, ale jak już będę ubrana. Mogłabym je wtedy pokazywać znajomym. Tym bliższym te bardziej odważne... - zaczęła się śmiać.
- Zrobię ci więcej odbitek. Będziesz mogła nawet ofiarować komuś na pamiątkę - odparłem starając się, aby moje żartowanie było tak samo naturalne jak jej.

Ubrała się w luźne białe spodnie i białą bluzkę z dużym wycięciem. Talię przewiązała czerwoną chustą, którą można by zarzucić na ramiona w wietrzny dzień. Zamiast tego na jej ramionach znalazła się rozpinana bluzeczka z jesiennymi liśćmi. Na stopy założyła złote czółenka. Poprawiła włosy i wsunęła dłonie pod głowę.

- A może to drugie zdjęcie powinno być zrobione za parę lat? - zapytałem unosząc się zza aparatu.
- Za parę lat, to będę mogła robić tylko ubierane zdjęcia, - odpowiedziała marszcząc brwi - a kto wtedy będzie chciał mnie oglądać? Już teraz niektórzy nie dają się skusić - ponawiała nawiązanie flirtu.

Wykonałem kilkanaście zdjęć. Patrzyłem na modelkę z rosnącym podnieceniem. Nie mogłem opanować w sobie przechodzących przez ciało fal ciepła. Co rusz napotykałem na jej wzrok. Nie mogłem przed nim uciec. Coraz mniej chciałem przed nim uciekać. W końcu spojrzałem w jej brązowe oczy. Lśniły od zawieszonych pod sufitem reflektorów.

- Przyjdź wreszcie do mnie... - powiedziała półgłosem.

I po raz pierwszy tego wieczoru wyciągnęła do mnie swoje ręce.

.

2007-07-15

Niedzielnie

.

Przeglądam notatki i zapiski sprzed dziesięciu lat. Natrafiam na słowa, które pojawiają się u innych. Rozpoznaję swoje myśli na blogach opisujących miłość.


* * *

Któregoś dnia, po prostu wejdziesz w moje życie.
Bo ja będę czekała. Bo warto jest czekać na Ciebie.
Całe życie uczyłam się być dla Ciebie.

Wszystko, przez co przeszłam – było dla Ciebie. Ten ból zdrady, ta namiastka miłości... I to tęsknienie, i wspomnienia, przez które przestałam śnić...

Dostaniesz nieskończenie wiele. Więcej niż mógłbyś chcieć i oczekiwać. A może właśnie marzysz o tym teraz, gdzieś tam, gdzie jesteś? Czy wiesz, że czekam na Ciebie? Całe życie czekałam.

Jest we mnie ocean miłości. Niewykorzystana czułość i wierność. Słowa, których jeszcze nie zdążyłam wypowiedzieć. Które chcę powiedzieć Tobie. Tylko Tobie. I będzie wśród nich „Zawsze” i „Nigdy”. „Zawsze będę z Tobą” i „Nigdy Cię nie opuszczę.” I chociaż jest we mnie tak wiele strachu, że zechcesz odejść, że któregoś dnia mogę Cię po prostu stracić, to pozostanę przy Tobie. Będę spinką u mankietu Twojej koszuli. Guzikiem, który zapinasz w pośpiechu. Ręcznikiem, w który wycierasz twarz. Kartką papieru, na której będziesz zapisywać kolejne historie...

A Ty przyjdziesz któregoś dnia i po prostu obejmiesz mnie. Przytulisz. I już nie wypuścisz z ramion. A ja będę chciała w nich pozostać. W schronieniu Twojego dotyku i ciepła słów, które do mnie wypowiesz.

I nie pozwolisz mi odejść. Powiesz: Odnalazłaś mnie. Nie szukaj dalej. Nie pozwolisz mi uciec, nawet gdybym mówiła przez łzy: I tak nic z tego nie wyjdzie.

Nie poczuję się już nigdy więcej sama. Samotność będzie fotografią wciśniętą w album porzucony niedbale na strychu domu, w którym nikt nie mieszka od lat.

I chociaż będę stała w oknie, za firanką, patrząc jak wracasz do... to będę żyła myślą, że powrócisz. Bo będziesz wracać. Będziesz tego chciał. I ja będę tego chciała.

A jeśli kiedykolwiek miałabym dokądś odchodzić a potem wracać - to od Ciebie do Ciebie.

I któregoś dnia nie będziesz mnie musiał przekonywać, że Miłość istnieje. Bo miłość, w którą przestałeś niegdyś wierzyć była inna. Była jedynie preludium do uwertury naszego uczucia. Bo miłość, w którą przestałam wierzyć ja – była inna. To były jedynie dwa takty, uderzenia batuty dyrygenta zanim ktokolwiek z orkiestry rozpoczął prawdziwie grać.




(Ilustracja: Amellia > www.)

.

2007-07-13

W piątek, 13-ego

.

Od piątków, 13-ego bardziej katastroficzne bywają czwartki, 12-ego. Albo środy, 11-ego.

Dzisiaj pogrzeb o 13-ej.

W środę umarł człowiek, który nigdy na nic nie chorował.
Był lekarzem. Po prostu, zasnął a rano nie mogła go dobudzić żona.

Ani żadne z 2-letnich bliźniaków. Ani to 2-miesięczne maleństwo, które płakało w łóżeczku.

Wyglądał jakby wciąż spał. Jak Śpiący w kotlinie. Przykryty szczelnie kołdrą. Jakby zamyślił się na wieczność. Może tylko trochę bardziej ściągnął brwi i już nie uśmiechał się przez sen jak dawniej. I palce jego dłoni zacisnęły się nieco mocniej niż zazwyczaj.

Kto skusił go we śnie, by tam pozostał?
Czyje światło przeciągnęło go na swoją stronę?
Czyja Miłość objęła go tak czule?

Czyje ciepło otuliło jego duszę?
Bo chyba nie Twoje, Panie Boże, jeśli pozostawiasz tę rodzinę w oceanie smutku?


* * *

12-ego w czwartek zaczyna nagle brakować słów. Chęć rozmowy jest tak silna, że każda przeczytana literka wznosi moje powieki a źrenice chcą zaczerpnąć więcej światła.

Dobrze.
Tak wbrzmiewa we mnie to słowo. Jest lotem trzmiela. Powietrzem uchodzącym z balonu. Jest dla mnie obietnicą, która nie zostanie dotrzymana.

Jest również siłą hartującą moje czekanie.
Otrzeźwieniem.
Przypomnieniem, że wchodząc do labiryntu dobrze jest mieć przewodnika. Jakąś nić, którą można w każdej chwili zwinąć w kłębek; na tyle silną, by nie przerwały jej ostre ściany niekończących się korytarzy. Przypomnieniem, że wchodząc do lasu nie zawsze można przytulać się do drzew. Nawet w poszukiwaniu mchu wypatrującego północnej gwiazdy. I że skrzypienie ich zmęczonych suszą artretycznie powyginanych gałęzi nie zawsze jest odpowiedzią na zadawane pytania.


* * *


Znalazłem kamień rozdzielony na 3 części.
A może ten kamień odnalazł mnie?
Jesteśmy wnętrzem jego skamieniałych dłoni.
Trzecim okiem zatracającym zdolność akomodacji; rozdzielonym na 3 uzupełniające się przestrzenie, powierzchnie i owalne krawędzie. Jesteśmy wytrawionymi brzytwą czasu paskami życia przeistoczonego w kamień.


* * *

Rozbrzmiewają we mnie grudki słów.
Jak garść wilgotnego, gruboziarnistego piasku uderzającego wygłuszonym dudnieniem w trumienne wieko, pod którym ukryto uśpionego człowieka.

.

2007-07-09

Odległości

.

Możesz mieszkać na innym kontynencie a jednocześnie być blisko.
Bliżej niż gdybyś była w pokoju obok.
Możesz wyjechać trzy tysiące kilometrów dalej i być blisko.
Tak blisko, byś nie musiała mi się więcej śnić.

Mieliśmy rozmawiać, pamiętasz?

Ten dom, który budujemy ze Słów, składa się z przedsionka Milczenia, długiego korytarza Emocji i salonu Myśli. Powinniśmy zadaszyć go Wspomnieniami. Pomalować ściany w pokojach kolorem Czekania i Nadziei. A w kuchni ustawić wyciosany do Rozmowy stół.

Jesteś poza ścianą Ciszy. Nieuchwytna jak drozd umykający przed obiektywem aparatu fotograficznego. I już, przemykasz gdzieś w jego zasięgu, siadasz, na chwilę, by w sekundę później, spłoszona, umknąć przed zoomem fokusa.

Są chwile, gdy słyszę Twój głos, ale nie wiem skąd do mnie dochodzi.

Drży jak listki drzewa, w którego konarach skrył się niedostępny dla oczu ptak. Jest drżącym głosem Ordonki z lat 30-tych, rozlegającym się z gramofonowej płyty. Przywołuje miniony czas. Przyspiesza rytm serca i otwiera zastawki dźwięków.

Zatańczymy?

"Już lustra dźwięk walca powoli obraca
I świecznik kołując odpływa w głąb sal.
I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza,
Sto luster odbija snujący się bal."*

Niech ten taniec uniesie nas stąd. Nie zatrzymuj się; w tych lustrach pojawimy się ledwie, muśnie nas kryształ, nie powstrzyma czas a świateł żyrandoli ogarnie nas brylantowy blask.



* fragm. wiersza "Walc" Czesława Miłosza

.

2007-07-04

Pożegnanie

.

Powinienem zniknąć. Po prostu zniknąć. Przestać istnieć. Pozwolić innym cieszyć się szczęściem, którego sam nigdy nie zaznam. Szczęściem, które jest przyczyną mojego poczucia jego braku.

Są we mnie chwile samotności nadchodzące w najmniej spodziewanych chwilach. Jak zaraza, dżuma, z której nie można się wyleczyć.

Jestem na jakimś spotkaniu. Wokół trzydzieści osób. Mówię coś. I nagle, gdy napotykam czyjeś spojrzenie - to się staje. Myślę sobie
Oni zaraz pójdą, niektórych nigdy już więcej nie spotkam. Patrzą na mnie. O niczym nie wiedzą. Nikt niczego się nie domyśla.

Być samotnikiem tęskniącym za pustelnią.

Jeśli moje życie ma składać się tylko z czekania i tęsknoty, to czy wystarczą one, by płuca wciąż mogły oddychać a serce tłoczyć krew?

Jestem niepotrzebnie wyśnionym snem. Nieodebraną przesyłką na poczcie. Źle zaadresowanym listem. Niepotrzebnie przeczytanym Słowem.

Jestem złamaną Obietnicą. Czekiem bez pokrycia.*


*
Niepotrzebne skreślić.

.

2007-07-03

Operacja

.

M. ma dzisiaj operację.
Nie chce o tym rozmawiać.
Początkowo odrzuca empatię i chęć przesłania dobrych fluidów.

Wiem, co czuje.

Dzisiaj nasze myśli rozmijają się.
Sens zdań jest inny niż zamierzony.
Rozmijamy się.
Mówimy co innego będąc gdzie indziej.

Cisza? Światła?

Czyja cisza? Czyje światła?

A może lepiej zamilknąć? Przetrwać. Być. Po prostu być. Wypełnić umysł zajęciem. Zjeść kolację, zapomnieć o sobotnim sms'ie z krwotokiem, wymiotami i z płaczem. Zapomnieć o odbieraniu ludzkiej, kobiecej godności.

Pomyśleć: za pewien czas będzie zwyczajnie lepiej.
Inaczej.
Bez pustki, bez samotności i bez tęsknienia.

Będzie po prostu obecność.

Obecność.

.

2007-07-02

Wino

.

Winnice Beaujolais w zachodzie słońca. Jest niebo bursztynowe i bursztynowe szczepy winne. Jest też bursztynowa mgła unosząca się delikatnie na zboczach i nad pobliskimi łąkami. I jeszcze wino, w barwach szkarłatu przeradzającego się w ciemną, karminową czerwień, w której zastygło uwięzione światło.

I piję właśnie to wino. Smakuję ustami, językiem, dotykam nim podniebienia. Wino pulsuje we mnie. Uderza do głowy, przyspiesza rytm serca i wzmacnia krążenie. In vino veritas...

Chciałbym, abyś skosztowała tej winnej prawdy. Ze mną.

.

Pasek autostrady zdaje się nie mieć końca.

Wracam do domu mając poczucie, że nikt na mnie nie czeka. Nie śpieszę się, chociaż chcę uciec przed deszczem. Czytam kolejne tablice informujące o mijanych kilometrach i trzypasmowych korkach. Tankuję paliwo, czytam nagłówki gazet w języku, którego nie znam. Zjadam kolejną porcję cholesterolu.
Smakuje jak diabli.
A potem wdycham dym papierosów siedzących obok nastolatków, których głośny śmiech rozsadza mi czaszkę.

Nie czuję smutku. Staram zrozumieć się grę słów, która zewsząd do mnie dobiega. Wielojęzykowy tłum brzmi jak brzęczenie pszczół spotykających się przy kawie słodzonej miodem.
Mój wzrok napotyka na wiele spojrzeń. Czuję, że jedno z nich pozostaje na mnie trochę dłużej.

Ma może dwadzieścia pięć, może dwadzieścia siedem lat. Pije kawę i je sandwicza. Spogląda na mnie z zaciekawieniem. Uśmiecha się delikatnie. Wytrzymuje moje spojrzenie. Po chwili kiwa zapraszająco głową i wskazuje dłonią puste krzesło naprzeciwko niej.

Przysiadam się. Siadam na przeciw. Uśmiecham się. Rozmawiamy ze sobą. Ale w różnych językach. Czynimy różne gesty. Wskazuję na filiżankę kawy. Ona pokazuje na cukier.

Rozmawiamy ze sobą gestami. Śmiejemy się serdecznie. Takie dziwne spotkanie. Niemka i Polak. Za chwilę wrócimy do swoich miejsc w życiu. Teraz tworzymy jakiś bliżej nieokreślony świat. Zamknięty w tej chwili właśnie. W garści cukru. Pod powieką oka.

Jesteśmy przestrzenią. Jej fragmentem. Przeszłością, o której nie będziemy pamiętać miesiąc później.

.

Kiedy znowu siedzę za kierownicą, przypominam sobie kolację sprzed paru lat. Jedliśmy Sałatkę Cezara i piliśmy czerwone, chilijskie wino. A potem jakieś białe, portugalskie. Z każdym wypijanym kieliszkiem rosły w nas słowa. Czasem język mylił poszczególne sylaby i wychodziły z tego zabawne skojarzenia. Pamiętam jak się śmiałaś i patrzyłaś na mnie przymrużając oczy. Jak wysunęłaś dłoń w moim kierunku a palcami chciałaś schwytać światło palącej się świecy.

Pamiętam blask Twoich oczu i chwile milczenia, gdy wpatrywaliśmy się w siebie. Bez zachłanności, ale z pożądaniem przejścia przez kolejne drzwi bliskości.

.