2010-03-01

Poszukiwania

.

Szukałem na allegro, szukałem na e-bay, w najlepszych sklepach internetowych i tych, które można znaleźć w książce telefonicznej. Rozpytywałem w kilku marketach skuszony gazetką promocyjną, co prawda z innymi rzeczami, ale mając nadzieję, że uda mi się odnaleźć właśnie to, czego poszukuję. Dzwoniłem nawet do centrali telefonicznej. Nikt tam nie wiedział, nikt nie rozumiał, o co mi chodzi. Miła telefonistka kiwała zapewne głową w geście pocieszenia, ale niczego nie mogła mi zaproponować.

Zastanawiałem się również nad pozostawieniem zapytania na jakimś forum internetowym, jakimś usenecie albo grupie php albo na digarcie lub może lepiej na deviantarcie. Wszędzie głucho i żadnej odpowiedzi. Ktoś nawet żartował z moich poszukiwań proponując przyklejenie ogłoszenia na betonowym słupie ogłoszeniowym. Ale kto na niego dzisiaj zagląda? Od słońca blakną literki i barwy fotografii a wiatr dopełnia niszczycielskiego dzieła. Poza tym, ktoś mógłby na moje ogłoszenie nakleić czerwoną naklejkę reklamującą kredyty bankowe Providenta albo kredyty zaciągane w pięć minut, bez poręczyciela, na dowód osobisty (najlepiej czyjś).

Pozostaje jeszcze napisanie listu. Ręcznie. W miarę czytelnego. Najlepiej zaadresowanego na Wszechmocnego i Wszechwiedzącego. Albo do Świętego Mikołaja. Jest jeszcze trochę czasu, więc może uda mu się spełnić moje życzenie. Albo może do tego, który stoi gdzieś na drugim brzegu i kieruje promem. Albo zapytać na jakimś dworcu pkp. Tam, w okienku informacji, siedzące panie zdają się wiedzieć wszystko. Poszedłem więc wczoraj, odstałem kilkanaście minut w zapoconej kolejce. I nic. Wzruszenie ramion, to samo spojrzenie, co u policjanta kierującego ruchem na środku skrzyżowania w godzinach szczytu, który zamiast wypowiedzieć kilka słów, mógł jedynie dąć w gwizdek.

A może w pobliskiej restauracji? To chyba najlepsze miejsce. Do restauracji pana Sowy albo do Gesslerowej. Albo do jakiegoś McDonald'sa. Takie rzeczy powinny się tutaj znaleźć. W końcu tyle osób przychodzi tutaj każdego dnia. I przecież nikt nie wychodzi z samym kwitkiem. Niestety, kelnerzy przechodzący szybko i z gracją między zatłoczonymi stolikami, kręcili przecząco głową. Nikt nie potrafił mi pomóc. "Niech pan zapyta w kwiaciarni, może tam pomogą" - poradził ostatni z nich.

Kwiaciarka na moje pytanie odparła, że warto kupić kwiaty, bo ich zapach potrafi wiele przywołać. Wąchałem więc róże, tulipany, frezje, konwalie, storczyki. Powąchałem nawet goździki i piwonie, że o gerberach nie wspomnę. "Nie - odparłem czując dziesiątki pyłków szalejących w moim nosie - to nie to samo, jest w nich nuta tego, czego szukałem, ale to zaledwie jego namiastka".

Cóż, pozostał mi jeszcze szpital. Tam lekarze w białych kitlach mają takie mądre spojrzenia. Niektórzy nawet nie wyciągają dłoni po kopertę z odpowiednią zawartością. Jestem gotowy zapłacić. Zaproponowałem nawet sporą sumkę. Widziałem jak jeden lekarz naradzał się z salową, co zrobić. Spoglądali na mnie kątem oka. W końcu podszedł do mnie i bez słów poklepał mnie przyjacielsko i jednocześnie bezradnie po ramieniu.

Nikt nie wie gdzie można kupić dozownik. Taki malutki, który można by schować w kieszeń i nosić cały dzień przy sobie. Taki, którego nikt nie ukradnie, gdybym nieopatrznie położył go na biurku, którego nikt nie zauważy... Dozownik Ciebie...

.