2010-05-27

What Else Is There?

.

Dom w nieobjętości lewitującego snu, unoszący się w jedynym wypowiedzianym słowie, w pobliżu niekończącej się drogi, pośród błysków świateł i nagłych eksplozji nadchodzącego sztormu.

Jest las i drzewa o dymiących sercach.
Są spragnione dłonie i smak przeszłości.
Rachityczna błyskawica i powstały z niej cud istnienia, którego nikt nie dostrzega.

I droga, której dystans pokonujemy samotnie.

Nie wiem, o co jeszcze poprosić,
Dano mi tylko jedno życzenie...





.

2010-05-25

I nagle okazuje się...

.

I nagle okazuje się, że to wszystko ma sens, że nic nie dzieje się przez przypadek a wytrawiony szlak istnienia prowadzi we właściwą stronę, że można właśnie w ten sposób - wolny, wyzbyty wszelkiej

2010-05-22

Krasnoludki losu

.


Ile kroków i siły trzeba użyć, by zmienić tok wydarzeń, które miały już miejsce i odeszły bezpowrotnie w przeszłość? Czy parcie naprzód oprze się sile chwiejącej się od stawianych kroków w tył? Dlaczego wypatrując przyszłości, przesłania ją cień patrzącego wstecz?


.

2010-05-19

Potrzebne...

.


Potrzebne mi światło i niebo błękitne, potrzebne słowa zatrzymujące czas i bliskość, wiosenna zieleń i promyki świetliste...

.

2010-05-18

Skrzydła nieba

.



























W zachwycie spoglądaj w kierunku błękitnego nieba.
Któregoś dnia uniosą Cię tam przyjazne skrzydła...

A teraz patrz tam, gdzie inni nie podążają wzrokiem,
Posłuchaj głosu tłumionego przez codzienność,
Zatrzymaj się, a potem wyrusz dalej.

W kierunku wnętrza...

.

2010-05-14

When Your Mind's Made Up

.


.


.










Piątkowa myśl:


"When your mind’s made up
There’s no point trying to change it"

"Gdy podejmiesz decyzję,
Nie próbuj już jej zmieniać"





.

2010-05-13

Detal

.


"Najprościej byłoby powiedzieć, że wzięłam nóż, rozkroiłam sobie bok, wyjęłam serce i wyrzuciłam; niestety nie jest to takie proste. Nie znaczy, że czasem nie miałam na coś takiego ochoty, podobnie zresztą jak każdy. Naprawdę odbyło się to jednak inaczej i wcale nie tak, jak przypuszczałam."

Doris Lessing, "Jak na dobre pozbyłam się serca", fragm. w tłum. Jana Zielińskiego.



Najprościej byłoby powiedzieć, że wycięto mu fragment skrzydła; detal, którego nie zauważy pospiesznie mijający rzeźbę przechodzień. Gdyby jednak zatrzymał się, na parę chwil ledwie, mógłby dostrzec w oknie anielskiego skrzydła wrośniętą w kamień twarz, owiniętą bandażem samotności: szarfą jaskry przesłaniającą niebiańską obecność.




.

2010-05-11

Tkane złocieniami myśli...

.


Kiedy otwieram się, na chwilę przed wietrznym uniesieniem, przychodzą do mnie złocienie myśli: misterne tkanki przyobleczone w biel życia.

Staję się miękkim puchem unoszonym w dłoniach wiatru. Muśnięciem łaskoczącym opromienioną twarz...

.

2010-05-08

Ezer kenegdo

.



Czy którakolwiek z nich kochała Cię bardziej?

Nosisz w sobie Światło - zwykłeś do mnie mawiać. I byłam dla Ciebie Światłem. Światełkiem. Świetlistością, z której zdawałeś się narodzić, za którą tęskniłeś i która wyznaczała sens Twojego życia. Mówiłeś, że nigdy mnie nie opuścisz; bo jak można by wyrzec się Światła? Jak spędzić resztę życia w cieniu?...

Kochałeś mnie, nawet wtedy, gdy lekarz powiedział Ci, że nie ma już nadziei, chociaż sama myślałam, że lepiej byłoby gdybyś przestał mnie kochać. Myślę, że wtedy, wbrew mnie samej, pokochałeś mnie jeszcze bardziej. Mocniej niż potrafiłbyś wyrazić to słowami. Widziałam to w Twoich oczach, czułam w dotyku opuszków palców, w ramionach, którymi otulałeś mnie w godzinie snu. Wtulałam się wtedy w Ciebie, pamiętasz? Szeptałam cicho: to nie rak mnie toczy, lecz nigdy niedokończona miłość - moja miłość do Ciebie. Wiem, że słyszałeś, potrafiłeś mnie słyszeć... Wsłuchiwałeś się w mój szept, lecz niczego nie odpowiadałeś. Drżałam, a Ty scałowywałeś moje łzy...

Umarłam. Pamiętasz? Był wtorek. Dzień, którego nigdy nie lubiłeś. Któregoś wtorku mieliśmy wypadek. Siąpił deszcz, było ślisko... Niby nic się nie stało, lecz to uderzenie odezwało się po kilku latach.

Umarłam. Pochowałeś mnie w kamiennym grobowcu. A ja wciąż wołałam w myślach do Ciebie, byś tego zaniechał, byś zaczekał jeszcze dzień lub dwa. Widziałam Cię, na Boga, naprawdę Cię widziałam! Chciałam unieść moje dłonie, lecz było to ponad moje siły. Kiedy pozostawiłeś mnie tutaj samą, w wyściełanej aksamitem trumnie, postanowiłam zmartwychwstać.

Zmartwychwstać! Dla Ciebie. Dzięki sile Miłości. Dla nas!

Udało mi się pokonać wieko trumny. Z wielkim trudem wydostałam się na zewnątrz. Było ciemno. Myślałam, że zapadła noc, lecz nade mną nie jaśniał księżyc ani żadna gwiazda. Ciemnia - najciemniejsza z możliwych - była ciemnią kamiennej płyty, która osaczyła grobowiec.
Wtedy zrozumiałam, że nie wystarczy zmartwychwstać. Że trzeba jeszcze unieść się, ponad kamieniem...

Nie przychodziłeś przez wiele dni... Wypłakałam morze łez... Bezsilna, skazana przez nieuchronny los. Ktoś powiadomił Cię o zawodzeniu i słyszalnym płaczu dochodzącym z grobowca. Kiedy przyszedłeś, kiedy odsunąłeś kamienną płytę...


Patrzyłeś na mnie, chwyciłeś w ramiona...
Jak za pierwszym razem, jak Twoją ezer kenegdo...

I pojąłeś, że właśnie opuściła mnie dusza...



.

2010-05-06

Kawa

.

Piję mocną kawę. O aromacie malibu. Z odrobiną mleka i cukru.

Przypominam sobie jak moja mama piła kawę. Jak do pozostawionych fusów dolewała wodę robiąc dolewkę. Miałem 9, może 10 lat. Wydawało mi się wtedy, że kawa jest napojem zarezerwowanym tylko dla dorosłych. Czarny proszek szczelnie zamknięty w puszce stojącej na drugiej półce wiszącej szafki kuchennej był czymś godnym czci i uszanowania.

Pamiętam kłótnie w domu. Kawa czy wódka? Peerelowskie kartki przydziałowe były kartą przetargową przed świętami. Pamiętam stanie w długiej kolejce skłóconych ze sobą ludzi. Upragnione cukierki czekoladowe luzem, ciepłą butelkę wódki i pachnącą zmieloną na popiół kawę.

Był taki przedświąteczny dzień. Ojciec nie dostał wódki. Mama kupiła kawę i czekoladę. Mówiła: przecież pijesz kawę a dziecko chociaż raz zje dobre cukierki. I wtedy ojciec powiedział jej, żeby zaparzyła mu kawę. Czajnik zagwizdał. Kawa została zaparzona i zaniesiona ojcu do pokoju. Wszedłem do pokoju z matką. Ojciec bez słowa chwycił w dłonie szklankę objętą metalowym wianuszkiem z uszkiem. Patrząc na matkę, bez spróbowania kawy, wylał powoli całą zawartość szklanki na dywan. To nie jest kawa - wycedził ze złością - to zwykła lura. Zrób mi porządną kawę.
Pamiętam silny, unoszący się obłoczkiem zapach kawy z odkurzonego rano dywanu. Matka przynosiła kawę jeszcze trzykrotnie. Stałem przy drzwiach. Ojciec nie patrzył na mnie. Patrzył z nienawiścią na swoją małżonkę, kobietę która go wybrała, wciągał dołeczki policzków, zdające się pulsować w niepokojącym rytmie i zgrzytał zębami. Wylewał powoli zalaną wrzątkiem kawę. Dywan zaczerniał się. Plama nie dała się nigdy usunąć.

To były pierwsze święta bez kawy i bez wódki.

Pamiętam paczki żywnościowe z Niemiec, które otrzymywała babcia. Jeśli z moim kuzynem byliśmy grzeczni, to mogliśmy liczyć na przesłodki cukierek zawinięty w kolorowy, szeleszczący papierek. Rozwijałem takiego bon-bona z namaszczeniem, był moją relikwią pochodzącą z lepszego świata, wygładzałem linijką celofan a następnie wkładałem do Szwedów w Warszawie, których otrzymałem od matki chrzestnej.

Któregoś dnia kawa, którą piła moja mama w mieszkaniu swojej przyjaciółki, wylała się jej na spódnicę. Byłem zły na mamę, że przez to musieliśmy wcześniej wracać do domu. Do dzisiaj pamiętam jej słowa po powrocie do mieszkania, w chwilę po tym jak opuściła bok spódnicy pokazując mi czerwone od poparzenia biodro: Przepraszam synku, ale naprawdę musieliśmy wyjść. Bardzo mnie boli. Proszę, zrozum to.
Zrozumiałem wtedy czym jest czyjś ból i jak można go w sobie zamaskować.

.

Wtopiona w kamień...

.


Wtopiona w kamień lub z kamienia powstała... Jak sen powracający z głębokiego zapomnienia albo czyjeś słowa przypomniane przez stronice pożółkłej księgi.

Pochyla głowę i dłoń wspiera na skrzydle. Rytm życia podnosi w skamieniałym sercu. Na fali włosów gładzi toń przeznaczenia. Zamyka oczy i usta, by upoić się ciemnią i ciszą. Unosi się, jest cieniem przeszłości; wykutym grysem, który skruszeje w erozji czasu. Jest zastygłą lawą; krzemowym oddechem przemijalności.

.